Czas biegnie w takim tempie, że nadążyć trudno…


Dopiero co w lustro spoglądałam, by ze zdziwieniem stwierdzić, że te kilka kilogramów więcej to spora dyszka z okładem. Dopiero co rzucałam wyzwanie tuszy i rechotałam podczas pierwszego masażu limfatycznego. Dopiero co z ciemnej brunety w blondynę się zmieniałam…

Wydaje się, jakby to było wczoraj, a tymczasem właśnie mija rok. Rok postanowień – dotrzymywanych i łamanych na przemian. Rok zmian na zewnątrz i wewnątrz mnie. Rok ćwiczenia cierpliwości i wystawiania na próbę.

Teraz przyszedł czas na najważniejszy, najtrudniejszy i najdłużej trwający etap odchudzania – czyli utrzymywanie wagi. Jak z tym będzie?

Postaram się, by było jak najlepiej. Postaram się, choć znając siebie – może być ciężko. Widzę już teraz, że łatwo mi przychodzi się zapomnieć. Tu serniczek przepysznej urody, tu kromeczka z masłem pochłonięta w przelocie, tu piwko o północy… Wprawdzie niektóre rzeczy już weszły mi w krew, ale ciągle muszę sobie przypominać, że nie po to walczyłam ze sobą przez rok, by to zniweczyć w kwartał.

Na szczęście nauczyłam się (już chyba na stałe…) kilku rzeczy – przede wszystkim jeść śniadania. Poza tym mój organizm już mi podpowiada (o czym pisałam nie raz i nie dwa), która jest godzina i że właśnie przyszła pora na coś do jedzenia.

No i aktywność fizyczna – wprawdzie daleko mi do regularności, ale w porównaniu do tego, co było przed rokiem to jestem sportowcem wyczynowcem. Za tydzień zobaczycie na własne oczy, jak się zmieniłam przez te 12 miesięcy. Sama jestem ciekawa, jak wypadnie to zestawienie…

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *