Się postanowiło odchudzić, się odchudziło. Się postanowiło ćwiczyć, się ćwiczyło. Się postanowiło biegać… i się zastanowiło.

Nazmieniało się w głowie mojej w ciągu ostatniego roku, naprzestawiało. Od babskiego spojrzenia w lustro i zwykłego „muszę schudnąć” przeszłam niepostrzeżenie do myślenia o tym, jak funkcjonuję i czy potrafię sprostać wyzwaniom, być konsekwentną i mieć z tego satysfakcję.

Bywało, że myślałam o sobie z dumą, bywało, że się krzywiłam z niesmakiem. Ale nagle uświadomiłam sobie, że już nie o odchudzanie chodzi. Że ono się przydarza niejako przy okazji, że bardziej chodzi o udowadnianie sobie, że potrafię wytrwać .

Że myślę, nie o tym jak schudnąć, ale PO CO to robię. Że wsłuchuję się w siebie i odnajduję tak przedziwne motywacje lub demotywacje swojego działania, że aż dziw…

A nigdy wcześniej tego nie odkryłabym, gdybym pewnego czerwcowego dnia przed rokiem nie powiedziała sobie „muszę schudnąć”. Teraz zaś zauważam, że myślenie o sobie może przynieść nieoczekiwane skutki uboczne.

Nagle odkrywam, że młody człowiek, którego pamiętam z rodzinnych zjazdów jako roześmianego berbecia pokonuje trasę Ultramaratonu „147Ultra” ze Szczecina do Kołobrzegu. Że bieganiem zajął się zaledwie trzy lata temu. Jakie ma motywacje? Milion pięćset, sto dziewięćset – jak mawiają moje dzieci. Zaczęło się od chęci schudnięcia (tadam!) a kończy na zbiórce „Przebiegnę WSZYSTKO – na rzecz Autyzmu”, którą organizuje w ramach akcji biegiemnapomoc.pl dla Fundacji SYNAPSIS.

Jeśli więc chęć schudnięcia potrafi tak pięknie się przeobrazić, to tym bardziej zamierzam wytrwać.

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *