O czym to ja ostatnio pisałam? Że biegam? Że szukam? Noooo… szukam jak wściekła, a raczej wściekła jestem, bo znaleźć nie potrafię.


Od ostatniego czasu pobiegłam raz. Słownie – R-A-Z. Do sklepu. Za rogiem. Bo mi się kawa skończyła.

Owszem – w dresiku i butkach do biegania, pełna profeska, ale nawet do tego sklepu nie dobiegłam – dziecko zadzwoniło, żeby zapytać jak się omleta ze szpinakiem robi. Bynajmniej nie dlatego, że matce przyjemność dietetyczną na kolacje chciało zrobić – takie zadanie domowe miało. A że się przez komórkę biegnąc nie rozmawia (nie że nie wypada, tylko tchu nie można złapać…), to stanęłam i tak się skończyło moje bieganie!

A ćwiczenia w domu? Kiszka blada.

Ile to człowiek potrafi sobie zajęć wymyślić koniecznych natychmiast do wykonania, żeby tylko nie robić tego, co powinien! Zreflektowałam się, że chyba wymyślam sobie zajęcie, byle nie ćwiczyć, kiedy wyprasowałam ostatnią ścierkę kuchenną.

Ścierkę!
Wyprasowałam!

Mięśnie zginacze palców (jeśli w ogóle coś takiego istnieje) ćwiczyłam, dzierżąc żelazko w dłoni…

Okazuje się, że wygospodarowanie pół godzinki dla samej siebie przerasta moje możliwości organizacyjne.

Małgosi też się na oczy już dawno nie pokazuję, żeby mi kołków na głowie nie strugała i nie wrzeszczała na mnie (koloryzuję – Małgosia nie wrzeszczy, ona tylko patrzy z politowaniem…). Masażyk wytłukłby ze mnie wszystkie zastoje, wiem, ale…

I w tym miejscu można wstawić dowolne tłumaczenie – ale nie mam czasu, ale wstydzę się, bo Małgosię zaniedbałam, ale jestem głupiutka gęś i się nie mogę zmobilizować…

„ALE” to moje słówko-przekleństwo ostatnimi czasy. Bo przecież mogłabym wszystko – „ALE”…

Ale mimo to – trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *