Ponieważ schudło mi się odrobinkę, żal byłoby to zaprzepaścić, czyż nie? A nie jest to wcale takie trudne, przy tendencjach do podżerania nocnego i nieprawdopodobnej wręcz awersji do aktywności fizycznej.


Ja wiem, że pisałam peany pochwalne na cześć fitnessów wszelakich, ćwiczeń i mojego rewelacyjnego samopoczucia. Pisałam, bo to wszystko prawda była.

Okazało się jednak, że wystarczy, by jeden mały elemencik przestał działać i runęła cała misterna konstrukcja i grafik ćwiczeń.

Zaczęło się niewinnie – od natłoku zajęć związanych z uroczystością rodzinną. Usprawiedliwienie zaniechania jednego czy dwóch treningów było łatwe i oczywiste. Trzeci i czwarty odpuszczony trening zdarzył się niechcący, a później poooooooszło…

Kiedy chciałam wrócić, okazało się, że ulubiona trenerka poszła w siną dal. „No to się nie godzi” – pomyślałam i odpuściłam kolejne. Nie będę przecież się do kogoś nowego przyzwyczajać… A nuż mi się nie spodoba? I tak poszły się paść piąty, szósty, siódmy i ochnasty trening…

Że to ma jednak wpływ na samopoczucie, życie i funkcjonowanie, stwierdziłam bardzo szybko – nagle znów chodziłam senna, wstawanie poranne trwało i trwało, a frustrację wyładowywałam na kim popadło (tych, na których popadło niniejszym PRZEPRASZAM).

Gwałtu, rety, olaboga, matulu ratuj! – pomyślałam, gdy do mnie dotarło, co jest przyczyną złego samopoczucia. I co zrobiłam? Na początek oświadczyłam sama sobie, że TRZEBA ćwiczyć. Powrót na salę ćwiczeń nie wchodził w grę – nie ma mojej ulubionej trenerki – nie ma ćwiczeń (foch)… Ale – pomyślałam – przecież pół godzinki w domu to żaden wyczyn i że dam radę.

No i od tego czasu minęło sporo czasu. Konkretnie miesiąc ze sporym okładem. Co w tym czasie zrobiłam? Nic. Słownie – NIC. No, dobra… Coś tam zrobiłam.

Biegałam.

A konkretnie – dwa razy przebiegłam się po osiedlowych uliczkach. A jeszcze dokładniej – dwa razy, ledwo dysząc, potruchtałam pod osłoną nocy po najbardziej niewidocznych osiedlowych uliczkach. Po pierwszej przebieżce byłam na krawędzi zawału – serce waliło mi w piersiach, tętno miałam 170 i czułam jak po plecach płynie mi strużka potu.

A wydawało się, że jako taką kondycję po ćwiczeniach już mam… I dokładnie tak było – wydawało mi się. Dwa dni później chodziłam jak pokraka, bo zakwasy usztywniły mi mięśnie nóg. Za drugim razem było lepiej, ale nie powiem, że rewelacja. Jeszcze nie wiem, kiedy będzie trzeci raz i czy w ogóle będą kolejne.

Wiem jedno – jak sobie czegoś na swoją miarę nie znajdę, to przy swojej słabej silnej woli i apetycie na chleb z masłem, długo chuda nie pobędę…

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *