Ekhem… jakby to powiedzieć… głupia ze mnie baba. Cóż to ja takiego mądrego przed tygodniem pisałam? Że się napawam spadającą wagą i nie ćwiczę? I że niebawem do fikania nóżkami wrócę? Że dobrze mi z tym i milusio? No więc łgałam jak pies!


Już się nie napawam i nie jest milusio. Teraz moje drugie imię to „nie chce mi się”. Bardzo mi się nie chce. Jest mi trudno zmobilizować się do ćwiczeń, jest mi trudno w ogóle się do czegokolwiek zmobilizować. A i dieta, którą sama sobie serwuję, ewidentnie mi nie sprzyja.

Opanowało mnie lenistwo tak wielkie i senność tak ogromna, że to aż niewiarygodne jest. Jestem po prostu typem osiołka, który musi mieć bacik nad sobą i małą marcheweczkę przed oczami. Wtedy jakoś idzie do przodu.

A jeszcze miesiąc temu wyglądało to inaczej. Było mi lekko, chciało mi się ruszyć to i owo z posad. Teraz – nie do pomyślenia. I patrząc obiektywnie i chłodnym okiem dochodzę do wniosku, że na stan ten ma ewidentnie wpływ zmiana diety i spadek – do zera – aktywności fizycznej.

Prawdopodobnie jest to banał i truizm, ale cóż ja na to poradzę? Jak nie dotknę i się nie przekonam, to nie uwierzę. No to dotknęłam i się przekonałam – wszystko widać jak na dłoni – już skowronkiem się o poranku z łóżka nie zrywam (dwa budziki nie dają rady…). Popołudniami marzę o drzemce (i coraz częściej ją sobie ucinam), a gdy pojawia się perspektywa półgodzinnego treningu, robi mi się słabo.

Odkrycie skąd się bierze taki mój stan było dla mnie odkryciem na miarę przewrotu kopernikańskiego. To naprawdę tak działa! To co wkładasz do gara (a potem do żołądka), to czy się ruszasz, czy sobie odpuszczasz ma wpływ na wszystko, co się z tobą dzieje!

Luuudzie… Ja nie wiedziałam, że prozą mówię! Ja wiem, że mówiła mi o tym Małgosia, ja wiem, że tłumaczyła mi to Ania Kotus. Wiem, wiem, wiem… Ale w moim przypadku praktyka okazała się nieoceniona.

Na razie nic nie robię z tą wstrząsającą wiedzą. Po prostu nagle ją (tę wiedzę) posiadłam i muszę się z nią oswoić. A że niebawem minie rok, jak postanowiłam zmienić się z Barbapapy w wiotką trzcinkę, czasu mam niewiele. Niewiele też mi zostało do zrzucenia, by wymarzoną (65 kg) wagę osiągnąć. Prawdopodobnie do końca czerwca mi się to nie uda, ale zrozumiałam między innymi, że co nagle, to po diable.

Nie chcę (choć walka będzie ciężka) wracać do bułeczek z boczkiem i musztardą zjadanych o północy ukradkiem… Skoro zaś zamierzam zmienić sposób odżywiania na stałe, to nieistotne jest w gruncie rzeczy KIEDY ten wynik osiągnę. Mam na to całe życie 🙂

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *