Cztery dni grzeszyłam w Rzymie. Kulinarnie grzeszyłam gwoli ścisłości. I najważniejsze – BEZKARNIE grzeszyłam kulinarnie w Rzymie.


Obżerałam się nieprzytomnie – makarony, pizze, lody, alkohol… Ale jak się powstrzymać, gdy z każdej strony docierają oszałamiające zapachy a ulubiona (i absolutnie niedozwolona w mojej diecie) carbonara smakuje tak, jak nigdzie indziej?

Ta z małej knajpki przy Piazza Navona sprawiła, że mruczałam jak Kubuś Puchatek nad baryłką miodu. Wcale nie gorsza była sałata – nomen omen – rzymska z grillowanymi bakłażanami, serem wędzonym i grzankami. Do tego oszałamiająca zapachem oliwa i kieliszek domowego czerwonego wina i nic więcej do szczęścia nie było mi trzeba. No, może poza gałką (a raczej GAŁĄ) czekoladowo-pomarańczowych lodów z jednej z tysięcy lodziarni i maleńkiej espresso, słodkiej jak ulepek…

Oczami wyobraźni widziałam rosnący na biodrach tłuszczyk i wagę jak rakieta idącą w górę. I co? I nic! Tadadadam! N-I-C! Waga nie drgnęła – jaka gruba/chuda wyjechałam, taka i wróciłam!

Wzruszyło mnie to, nie powiem. Starałam się wprawdzie jeść o stałych porach, nocami nie obżerać się (nadmiernie) frykasami włoskimi, ale i tak wydawało mi się, że ilość pochłanianych kalorii zaprzepaści cały efekt, na który pracowałam przez ostatnie miesiące.

I nagle – olśnienie! – przecież od świtu do zmierzchu byłam na nogach! Przemierzyłam w czasie tych kilku dni tyle kilometrów, tyle schodów, placów i ulic przeszłam, że starczyło za najlepszy fitness. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak wziąć się za prawdziwy fitness, by pozbyć się… zakwasów po rzymskim spacerze.

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *