Ogłaszam wszem i wobec, uroczyście i z fanfarami – 14 kilogramów mnie ubyło. Słownie: czternaście kilogramów mniej.


Tyle waży całkiem spore dziecko. Albo duży pies. Albo bardzo gruby kot.

Hmm… Interesujące – jeszcze 11 miesięcy temu powiedziałabym, że z takiej ilości schabu można by wyżywić kilka ładnych osób. Albo że z tylu jabłek można by upiec 7 wielkich szarlotek albo 14 mniejszych. Ot, ciekawostka – z mojego języka niepostrzeżenie zniknęły kulinarne porównania.

No ale cóż – czegoś przybywa, czegoś ubywa. – sa la mi!, jak mawiała pewna pani.

Niestety, wprost proporcjonalnie do ubytku wagi spada moje zainteresowanie ćwiczeniami. Zdarzyło się, że nie poćwiczyłam raz i drugi i wskaźnik wagi natychmiast drgnął. Oczywiście w najbardziej pożądanym przeze mnie kierunku – czyli w dół. I co ja głupia zrobiłam? Przestałam ćwiczyć! Się pewnie w końcu opamiętam, ale póki co napawam się lecącą na pysk wagą.

Pewnie wrócę do ćwiczeń, kiedy zacznie mi lecieć na pysk samopoczucie na widok zwisającego ciałka tu i ówdzie. Nie jestem dumna z tego i mam wyrzut sumienia, ale… troszkę się chcę nacieszyć tym, że drgnęło. Za chwileczkę znów będę fikać nóżkami i machać rączkami, pluć na stojącą w miejscu wagę i mieścić się w kolejne rurki.

Aaaaa – a propos „mieścić się” – mała dygresja. Był sobie sklep. W sklepie przepięknej urody sukienki. Zaglądałam często do owego sklepu i wzdychałam do kolorowych, dobrze skrojonych i w rozsądnej cenie kiecek. Podobały mi się wszystkie, ale miały jedną, ale poważną i dyskwalifikującą wadę – nie były w moim rozmiarze…

Teraz już są…

I choćby dla tej chwili warto było 🙂 Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *