Sałata maślana z fetą, oliwkami i warzywami plus pieczywo plus owoc – śniadanie pierwsze. Smoothies z leśnych owoców – śniadanie drugie. Gnochi ze szpinakiem – obiad. Delikatny mus ananasowy – podwieczorek. I zupa szczawiowa z przepiórczym jajem na kolację. Oto jak wyglądał jadłospis ostatniego dnia diety z Anią Kotus.


Ostatniego, bo od świąt postanowiłam żywić się już sama. Znów. Czy efekt będzie równie kiepski jak ostatnim razem? Oby nie.

Liczę na wiosnę i nowalijki.

Liczę na to, że organizm będzie reagował lepiej na regularny wysiłek (obym się tylko do niego bardziej konsekwentnie zabierała).

Liczę po prostu na to, że mój rozsądek wygra z apetytem.

Trudno mi wprawdzie będzie osiągnąć taką różnorodność w posiłkach, do jakiej przyzwyczaiła mnie Ania Kotus i jej obłędne dania. Zdążyłam się już przyzwyczaić (bo do dobrego przyzwyczaić się jest niezmiernie łatwo) do kolorowych kanapeczek z milionem dodatków, do owocowych koktajli smakujących niewiarygodnie dobrze, do nieoczekiwanych połączeń smakowych w tartach, omletach i kiszach.

Mnie jakoś w tym względzie nie idzie najlepiej – ostatnia zapiekanka makaronowo-kurczakowo-warzywna, która miała w założeniu być pyszna i zdrowa, nie spotkała się (eufemistycznie rzecz ujmując) z entuzjazmem reszty familii.

Konkretnie dziecko młodsze kategorycznie odmówiło jedzenia „tego czegoś”, a starsze pogrzebało w talerzu i stwierdziło, że najadło się wcześniej zupką… I tyle było zdrowego żywienia.

Na szczęście lepiej wychodzą mi desery w nowej odsłonie, czyli wszelkiego rodzaju przeciery owocowe. Hitem ostatnich dni były zmiksowane owoce leśne z trzcinowym cukrem pudrem podane na jogurcie greckim. No szał zmysłów! Dzieci jadły, aż im się uszy trzęsły, a ja puchłam z dumy.

No i sałaty robię genialne – nieskromnie powiem. Tajemnica tkwi w sosie i dobrej sałacie (ostatnio wygrywa rzymska – chrupiąca i trzymająca konsystencję bardzo długo) – dodatki są w zasadzie drugorzędne.

Poza tym mam mądrą książkę od Małgosi, w której jest dokładnie rozpisane co ile ma w sobie kalorii (to z niej się dowiedziałam, że słodki ananas ma w jednym plastrze świeżego owocu zaledwie 8 kalorii, co ucieszyło mnie tak bardzo, że zjadłam całego…) i jakich produktów lepiej unikać, jeśli się chce uniknąć efektu jo-jo. Jakoś więc chyba dam radę (muszę tylko tę mądrą książkę odnaleźć, bo rozleniwiona dietą podstawianą pod nos wcisnęłam ją radośnie w jakiś nieznany mi kąt mieszkania…).

Na razie „na liczniku” mam 13 kilogramów mniej w porównaniu z czerwcem 2013. W pasie zmalałam o bodaj 14 centymetrów i jestem mniejsza o co najmniej dwa rozmiary. No i nie mam zadyszki przy wchodzeniu na piąte piętro, a słynny „Skalpel” Ewy Chodakowskiej przechodzę od początku do końca niemal bez kropli potu na czole.

Bez względu więc na efekt końcowy – warto było!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *