Czy ja już się chwaliłam, że nie uciekam z wrzaskiem z łóżka do masażu i wytrzymuję bez spazmów i chichotów całą sesję? Asia twierdzi, że to dlatego, że mam więcej mięśni (tadam!) a mniej tłuszczu (tadam, tadam!).


Czego bym nie miała mniej albo więcej – delikatne dłonie o uścisku imadła już nie wprawiają mnie w dygot. I już nie wyglądam jak pegeerowski koń – posiniaczona i ze śladami palców tu i ówdzie. Asia wyciska ze mnie wszystko to, czego nie załatwia dieta i ćwiczenia. Po prostu – łatwiej chudnę.

Gdybym jeszcze miała silniejszą silną wolę, to ohohohohohoho! Ale ja muszę – inaczej się uduszę – skubnąć (ale zawsze w porze posiłku!) to kromeczkę chlebka, to plasterek serka… I idzie wolniej, niż mogłoby.

Wiem jednak przynajmniej, że po takim durnowatym „uzupełnieniu” pyszności od Ani Kotuś muszę poćwiczyć więcej niż zazwyczaj. I tak oto jedzenie sprawia, że jestem bardziej aktywna fizycznie… Nieźle to sobie wykombinowałam, co? Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *