Rurki… magiczne spodnie, w które nigdy, ale to NIGDY się nie wcisnęłam. Spodnie, które mogłyby zawierać cały strecz tego świata, a i tak przed moimi kilogramami kapitulowały… Rurki, w których niezmiennie wyglądałam jak radziecka panczenistka. Słowem – spodnie nie dla mnie.


I otóż takie właśnie rurki leżą grzecznie na mojej półce z jeansami. Z za dużymi jeansami należy dodać. Rurki pojawiły się, bo koleżanka, co to chwil parę temu została mamą, z nich po prostu wyrosła (czytaj – staje się znów obrzydliwie szczupła) i zlustrowawszy mnie z góry na dół orzekła – się nadadzą na nową mnie.

Dawno się tak nie śmiałam, jak wtedy, gdy to usłyszałam. Ja? w chudzinkowe spodnie się mam wcisnąć? A niby jakim cudem? Nie słuchała, spodnie przyniosła, ja z pewną taką nieśmiałością się do nich przymierzyłam i…

I nie dość, że się wcisnęłam, to jeszcze lekko luźnawe w pasie mi się zdały! Nooooo… to już mnie wzruszyło. Naprawdę. Spodnie rurki. Na mnie. Całkiem nieźle leżące.

Jak nic – zmiana. Jak nic – efekt. Jak nic – schudłam. Jak nic – dieta Małgosi Madej rękami Ani Kotus przyrządzana i litry potu wylane na fitnesach przyniosły rezultaty. No bo co jak co – ale RURKI??? Alleluja!

Gdy pierwszy raz w nich na świat wyszłam, nie mogłam się oprzeć, by w szybach wystaw się nie przeglądać. Normalnie – ja w rurkach! Znikło widmo radzieckiej panczenistki i nie wyglądałam obrzydliwie.

Trochę mi tylko humor zwarzył kolega, co go sto lat znam, który na mój widok – prężącej się i wyginającej w nowym nabytku, i wszem i wobec obwieszczając, że to spodnie chudzinki, koleżanki naszej – powiedział do niej „to ty taka gruba byłaś?”

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *