Pieję z zachwytu, popiskuję z radości, zerkam w lustro milion razy na minutę. Dlaczegóż to, ach dlaczegóż – zapytalibyście pewnie, gdyby nie tytuł bezlitośnie wyjawiający powód mojej radości.


Psze państwa! otóż poranne ważenie przyniosło spektakularny wynik zaczynający się od cyferki 6!

Aż dziw, jak to człowieka uradować może coś tak w istocie nieistotnego jak waga!

Oznacza to jednak ni mniej, ni więcej, że do zaplanowanej i wymarzonej wagi „65” brakuje mi już tylko – i aż – czterech kilogramów.

Mieli rację.
Wszyscy.

Ci, którzy mówili „nie panikuj, nie marudź, nie narzekaj, nie przestawaj – w końcu waga drgnie”. I mało, że drgnęła – potężnie zatrzęsła się. Jeszcze do wczoraj mogłam mówić o minimalnych, niezauważalnych wręcz, w granicach błędu statystycznego, spadkach. Po sto gramów w dół, po 200, albo wręcz nic a nic… Aż tu nagle – bum! – kilogram w dół.

No ludzie kochane – WRESZCIE COŚ SIĘ WYDARZYŁO! Wreszcie mam, na co pracowałam ostatnie miesiące. Niby przestałam zwracać na wskazania wagi uwagę, niby mierzenie zastąpiło mi codzienne odczyty, niby, niby, niby… Głęboko jednak w podświadomości tkwił przeklęty wynik z 7 z przodu i zatruwał dietę, zatruwał ćwiczenia, zatruwał moje zaangażowanie.

Oczywiście wiem, że to może być zwykłe wahnięcie wagi, jakie zdarza się każdej z nas. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jutro może być o kilogram więcej. Tak to już jest, tak się dzieje, nauczyłam się tego. Ale nie zmienia to ani faktu, że ważę 13 kilogramów mniej, ani nie umniejsza mojej z tego faktu radości. Po prostu – SĄ EFEKTY! Wszystko razem i każdy element z osobna składa się na to, że wyglądam jak wyglądam i czuję się fantastycznie. I jeszcze słońce za oknem – żyć nie umierać – nadchodzi czas nowalijek, sałatek, zieleniny, oliwy z oliwek i młodej kalarepki! Koniec zimowego borsuczenia, koniec gęstych grochówek i chleba ze smalcem, koniec rozgrzewających kasz.

Tym bardziej, że „moje” kobiety robią wszystko, bym wyglądała jak milion dolarów.

Asia na masażu wyciska ze mnie wszelkie zastoje limfatyczne.

O diecie przygotowywanej przez Anię Kotus pisałam już ostatnio – choć może wydawać się to niewykonalne: jem i pieję z zachwytu.

Małgosi recenzje, wsparcie a czasem bezlitosne uwagi pchają mnie do przodu.

Karoliny zestawy ćwiczeń za każdym razem przekonują mnie, że są we mnie jeszcze takie mięśnie, których nie odkryłam.

I wreszcie – mój ośli upór. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że potrafię być tak konsekwentna (wszak moje drugie imię to „słomiany zapał”) . Nawet nie przypuszczałam, że potrafię sama siebie zmobilizować do wysiłku fizycznego, który – jak pisałam jeszcze osiem miesięcy temu – „jest trujący i poważnie szkodzący mojemu zdrowiu”. Nawet nie sądziłam, że tyle radości może sprawić satysfakcja z wykonanego zadania.

Wiem, że nie powinno się chwalić dnia przed zachodem, ani mówić hop, póki się nie przeskoczy, ale nikt nie powiedział, że nie można się tym dniem cieszyć, a perspektywą skoku radować. Po tych kilku miesiącach wiem trochę więcej o sobie, o zdrowym sposobie życia i wpływie ruchu na funkcjonowanie – ale musiałam tego wszystkiego doświadczyć, poczuć, wykonać, żeby zrozumieć i przekonać się, że to naprawdę działa.

Dużo mądrzejsi (i dużo starsi ode mnie) wiedzieli to już wieki temu – „Wytłumacz mi, a ja zapomnę. Pokaż mi, a ja zapamiętam. Daj mi to samemu zrobić, a ja zrozumiem” – mawiał Konfucjusz. No i zrozumiałam. Mam nadzieję, że uda mi się o tym wszystkim nie zapomnieć.

Trzymajcie kciuki!

P.S zaczynam się poważnie zastanawiać, czy – skoro tak dobrze mi poszło z odchudzaniem – nie zabrać się za rzucanie palenia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *