Gdybym miała płacone za spanie, byłabym milionerką. Tam zaraz milionerką! – Bill Gates by mi nie podskoczył! Jestem typem nocnego marka – urzędować mogę do oporu, ale spróbuj mnie wyciągnąć o świcie z łóżka – zabiję!


Jeśli mam do wyboru – oglądać przepięknej urody, zjawiskowy wschód słońca, czy dłużej spać, bez namysłu wybieram to drugie. Nic dziwnego więc, że w ciągu mojego – niekrótkiego już, było nie było – życia, wschodów słońca widziałam raptem kilka. I każdy był doczekany, a nie wstany.

Budziki moje (bo zawsze włączam ich kilka – jeden mógłby sobie pikać do uśmiechniętej śmierci) budzą na ogół wszystkich, łącznie z sąsiadami – na mnie nie działają. Ja reaguję dopiero na kuksańce mojego zmaltretowanego poranną pobudką męża. Ewentualnie na błagania dzieci o podanie porannego pokarmu. Tak mam i już. Taki mój – tfu! – urok.

Aż tu nagle – że zacytuję klasyka – zaczęłam słyszeć. Nie potrafię precyzyjnie określić kiedy to nastąpiło, ale dnia pewnego w rozkoszną fazę REM wdarł się nieprawdopodobny wręcz hałas. Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, oczy przetarłam, wyłączyłam tałatajstwo i zaczęłam funkcjonować. Normalnie. Bez opóźnienia w działaniu. Bez opadających powiek i chęci zaśnięcia w każdym dogodnym (i niedogodnym) miejscu.

Niesamowitość tego zjawiska nie od razu do mnie dotarła. Właściwie dotarła po dniach kilku, które co rano wyglądały teraz tak samo – przeraźliwy głos trąb jerychońskich (bo do tego jedynie można natężenie dźwięku w moich budzikach porównać) stawia mnie na nogi i zaczynam funkcjonować. Po prostu.

Gdy do mnie dotarło wreszcie, jak wyglądają moje poranki, aż zakrztusiłam się poranną kawą. Matko Bosko, ludzie kochane – co się ze mną dzieje?

Pierwszy przyszedł do głowy kryzys wieku średniego – jedni kupują czerwone porsche, a ja najwyraźniej łaknę świtów.

Później zamajaczyła mi w głowie choroba jakaś straszliwa, której jeszcze nikt nie odkrył. Nawet zdążyłam się zmartwić odrobineczkę i uronić łzę nad dolą moją smutną…

Dopiero po dłuższym czasie dotarło do mnie, że w ten oto niecodzienny sposób mój organizm reaguje na… ćwiczenia. A raczej na utrzymujący się od dłuższego czasu regularny wysiłek fizyczny. Narzekałam, że mi się endorfiny nie wydzielają, to mi się zaczęły wydzielać. O dziwnej, jak na mnie, porze, ale zaczęły.

Szybka konsultacja z trenerką i Małgosią – i miałam potwierdzenie. Pot, zakwasy i zadyszka nie poszły na marne! Ćwiczenia mnie budzą! Coś tam się we mnie takiego porobiło, że co rano wstaję rześka jak skowronek. Obawiam się tylko, że długo ten skowronek nie pociągnie – sowa pozostała bowiem sową i spać nadal kładę się nieprzyzwoicie późno. Może jednak nie znam możliwości swojego organizmu?

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *