Przestałam się ważyć – tak zgodnie nakazały mi Małgosia, która kontroluje co się ze mną dzieje; Asia, która mnie masuje i Karolina, dzięki której będę miała wkrótce kaloryfer na brzuchu i jędrne pośladki.


Zamiast się ważyć, zaczęłam się mierzyć. A to, co wyszło porównałam z tymi wymiarami, z którymi przyszłam osiem miesięcy temu do Małgosi.

I co się okazało?

Ano okazało się, że tylko w pasie jestem cieńsza o 14 centymetrów! Słownie – czternaście! Jest moc, prawda?

Teraz już nie dziwi mnie, że – mimo pozornie stojącej wagi – regularnie spadają ze mnie kolejne, obcisłe do niedawna w pasie, spodnie…

A ponieważ jestem wzrokowcem (stąd tak demotywująco działały na mnie wskazania wagi), to efekt odchudzania, ćwiczeń i masaży pokazany na miarce czarno na białym sprawił, że dostałam skrzydeł. Zachciało mi się jeszcze bardziej ćwiczyć, jeszcze dokładniej pilnować diety, jeszcze skrupulatniej stosować do wszelkich wskazówek.

A nie jest to trudne – zwłaszcza w przypadku diety. To, co potrafią kucharze Ani Kotus to są jakieś czary kulinarne! Połączenia smaków zaskakują mnie niemal codziennie, czekam na każdy kolejny posiłek i uczę się, że pulpety w sosie nie muszą być obrzydliwą mieszanką mdłych smaków, a ryba nie zawsze smakuje jak paluszki rybne.

Największym zaskoczeniem ostatnich dni był… UWAGA, UWAGA… mus czekoladowy na jeden z podwieczorków. CZEKOLADOWY! Myślałam, że źle widzę, gdy otwierałam miseczkę, ale się nie myliłam – mus jak nic, czekoladowy tak bardzo, jak to tylko możliwe. Małgosia, zapytana o to zaskakujące danie (przypominam – jestem na diecie!) wzruszając ramionami powiedziała „a kto powiedział, że nie można?”.

Czyż takim argumentom i takiej diecie można się oprzeć?

Na dodatek na masażu Asia orzekła (ta sama Asia, przed której gniewem drżałam kilka miesięcy temu i bałam się jej zapowiedzi, że samymi masażami i dietą nic się nie da zrzucić), że jest zdecydowana zmiana „konsystencji” mojego ciała. Znaczy się – mięśnie mam i trudno już mnie porównać do trzęsącej się galaretki! A to oznacza ni mniej, ni więcej, że wszystko idzie w dobrym kierunku!

Jeszcze tylko nad brzuchem muszę popracować – wprawdzie jak się odpowiednio do lustra ustawię, to i zarys mięśnia prostego się objawia, ale niżej wciąż mała katastrofa… Ale jak się ma brzuch przecięty dwukrotnie skalpelem, to tak już podobno się ma…

Nic nie jest w stanie już odwieść mnie od regularnych ćwiczeń, staram się pilnować pór posiłków jeszcze bardziej niż do tej pory i staram się – choć to mi przychodzi najtrudniej – wcześniej kończyć dzień. Cóż, skoro są efekty, znaczy – warto.

Nie wiem tylko, czy uda mi się osiągnąć założone na początku procesu odchudzania 65 kilogramów. Wynik ten pojawił się w mojej głowie na początku odchudzania jako wymarzony i do niego postanowiłam dążyć. Majaczy mi ten wynik, krąży wokół, a waga nijak nie chce do niego dobić…

Tyle tylko, że była to waga sprzed 12 lat. Waga 30-latki. Tyle ważyłam przez pół życia, tyle ważyłam przed ciążami, tyle wydawało mi się najbardziej optymalnym wynikiem. Tymczasem może się okazać, że to była waga, o której mogę już definitywnie zapomnieć. Że teraz, przy regularnych ćwiczeniach i totalnej zmianie sposobu odżywiania, moje 70 kilogramów, to dawne 65. Znaczy się liczby niby inne, ale na pierwszy rzut oka efekt ten sam.

I żeby było wszystko jasne – nie są to próby usprawiedliwienia „kiepskiego” wyniku odchudzania! Bo można go nazywać na kilka różnych sposobów, ale na pewno nie jest on kiepski. Ciągle jestem na diecie, ciągle dążę do wymarzonego wyniku i za to nieustająco trzymajcie kciuki! Z jaką zaś wagą skończę swój projekt, czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *