Pot lał się ze mnie ciurkiem na treningach, trenerka zwracała delikatnie uwagę, że za dużo ćwiczę, spodnie spadały mi z bioder (doooooobra, lekko koloryzuję – NIE wpijały się już tak w brzuch), a waga miała to wszystko w dalekim poważaniu. No, wściec się można!


Myślałam, że to moje upośledzenie kulinarne sprawiło, że nie chudłam – chudnięcie zatrzymało się w momencie gdy przeszłam na własny wikt i zaczęłam nieśmiało ćwiczyć (choć do regularności było mi jeszcze daaaaaleko…).

Na kolanach więc wróciłam do Ani Kotus i znów pod nos zaczęłam dostawać jej pyszności. Pyszności – zaznaczmy – doskonale zbilansowane przez Małgosię, z odpowiednią ilością tych tam wszystkich błonników, węglowodaników, tłuszczyków, białek i innszych wartości odżywczych.

I co? I pstro.

Waga śmieje mi się w twarz!

Słowo zucha i kogo tam jeszcze chcecie -NIE PODŻERAM! Nic a nic! (pączki w tłusty czwartek się nie liczą, bo wszystkie wydarzenia tu opisywane miały miejsce wcześniej).

No więc – dostawałam te wszystkie frykasy, jadłam je grzecznie i bez mrugnięcia, ćwiczyłam starannie co najmniej cztery razy w tygodniu i… waga kpiąco i radośnie pokazywała mi wciąż ten sam wynik. Ileż można? Ponieważ nie ogarniałam zjawiska swoim małym rozumkiem, najpierw o radę i wyjaśnienie poprosiłam trenerkę.

Pomyślała, popatrzyła na mnie (a widuje mnie regularnie na swoich treningach „jędrne pośladki” tudzież „mental body”) i stwierdziła, że z tego co słyszy i widzi może wynikać, iż zmieniły się proporcje w moim ciele – jest w nim mniej tłuszczu, a więcej mięśni. A te są cięższe. Poradziła, abym zbadała sobie zawartość i jednego, i drugiego w organizmie.

„Dooooobra” – pomyślałam . – „Brzmi nieźle i dość przekonująco”.

Kolejnym krokiem była rozmowa z Małgosią. Z lekkim strachem do niej przystępowałam, bo z prostej arytmetyki wynikało, że skoro od czerwca do listopada schudłam 12 kilogramów, to w kolejnych trzech miesiącach powinno mnie być mniej o co najmniej cztery następne. A tu guzik z pętelką.

Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałam „przestań się ważyć, zacznij mierzyć”!!! Okazało się, że to nieszczęsne zjawisko stania wagi w miejscu jest zjawiskiem znanym i zupełnie normalnym! Czyli, że ze mną wszystko ok! Owszem – ja jestem winna tego, że waga stanęła, ale nie dlatego, że się obżeram ponad miarę, a dlatego, że prócz zwykłej utraty kilogramów postanowiłam zrobić coś jeszcze. A że na wysiłek mój organizm zareagował jak na napad i zaczął się bronić? Trudno, będzie musiał skapitulować… Obie panie bowiem – i trenerka i Małgosia – zapewniają, że przyjdzie taki dzień, w którym to uparte urządzenie czyli waga , będzie musiało uznać wyższość mojego uporu i zacznie pokazywać coraz to niższe wyniki.

A ja w tym czasie – tadadam – będę już miała do kompletu smukłe uda, jędrne pośladki i żelazny brzuch. Takie tam skutki uboczne odchudzania… Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *