Co masz na talerzu? – przyjaciółeczka bezlitośnie obnażała moją niewiedzę na temat tego, co jem na co dzień. – Kanapeczkę z szyneczką, sałatę, kukurydzę, paprykę i marchewkę. – Co jest białkiem? Co węglowodanem prostym, a co złożonym? Gdzie jest błonnik? Gdzie tłuszcze? Ile to razem ma kalorii?…


Przyjaciółeczka, co to sobie po doktoracie jeszcze zamarzyła bycie dietetyczką, była bezlitosna.

Odpowiedzi udzielałam na ogół prawidłowych, ale uświadomiłam sobie, że ani przez chwilę wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, co mam na talerzu.

Najpierw posiłki Ani przyjmowałam bezrefleksyjnie – wiedziałam, że myślenie o odpowiednim zbilansowaniu jedzenia wziął ktoś inny na siebie. Później, gdy przeszłam na własny wikt, usiłowałam odwzorować na oko to, co jadłam wcześniej . I co się okazało? Że nie działa.

Że wiem (i to jest dobry prognostyk na przyszłość…), co muszę jeść i ile, aby UTRZYMAĆ wagę. Ile, co i kiedy powinnam jeść, by pozbyć się zbędnych (bo jeszcze kilka zbędnych mi zostało) kilogramów, to wciąż wiedza dla mnie niedostępna.

Po mustrze przyjaciółeczki po raz pierwszy od pół roku (wybacz, Małgosiu) sięgnęłam do książeczki z tabelami kalorycznymi, żeby sprawdzić, ile kalorii ma świeży ananas. Stał w kuchni i kusił, a nie wiedziałam – utuczy mnie czy nie. Byłam przekonana, że świeży, słodki owoc jest raczej wysokokaloryczny i będę mogła pozwolić sobie na nie więcej niż maleńki kawałeczek. Zdumiona byłam niezmiernie, gdy okazało się, że plaster świeżego ananasa ma – uwaga, uwaga – 8 kalorii. OSIEM. Skoro tak myliłam się w tym przypadku, jakże mylić się musiałam (i na plus i na minus) przy innych okazjach?

Nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć uważność. Bylejakość się nie sprawdza. Podobnie z ćwiczeniami.

Poćwiczyłam raz, drugi, trzeci i już piałam – ćwiczę regularnie. A guzik. Efekty były mierne. Choć i tak wydawały mi się spektakularne (pamiętacie objawienie mięśnia uda?).

Gdy zaczęłam naprawdę REGULARNIE bywać na zajęciach, nagle pojęłam, że do tej pory… w ogóle nie ćwiczyłam. Kaloryfera na brzuchu wprawdzie nie mam (jeszcze), ale to, co się dzieje z moim ciałem w ostatnim czasie, to rzecz niesłychana! I nie chodzi o mięśnie, które widać już całkiem gołym okiem. Nawet nie chodzi o to, że nagle, ni stąd ni zowąd, ćwiczenia, które pół roku temu wydawały mi się absolutnie poza zasięgiem, stają się łatwe.

Chodzi o to, że zamajaczyło mi wreszcie, że odchudzanie się nie jest CELEM. Że do tej pory nieustannie mówiłam, że chcę schudnąć. Mówiłam, że jestem na diecie. Mówiłam, że ćwiczę. A to znaczyło jedynie to, że MÓWIŁAM. Gdy się czegoś naprawdę chce, to się to uda – koniec, kropka. Prędzej czy później, łatwiej czy trudniej, wolniej czy szybciej, tak czy inaczej – się uda. Wszystko jest w głowie.

Wciąż wiem, że chcę stracić wagę, ale przy okazji zachciało mi się też kilku innych rzeczy – a skoro zachciało, to się powolutku spełniają.

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *