Jeśli się nie rozleniwię do końca, może uda mi się w te ferie w górach coś jeszcze zrzucić… pomyślałam w przeddzień (a raczej przedwieczór) urlopu, pogryzając chlebek z twarożkiem. Niestety – był to już trzeci chlebek z kolei, a pora na posiłek była skandaliczna…

I tak to się ostatnimi dniami kręci. Co mi się uda w pierwszej części dnia nadrobić, to zepsuję w drugiej. I tak od poniedziałku do poniedziałku…

Dzięki Bogu na tyle mi wystarcza silnej woli, że dwa razy w tygodniu stawiam się karnie na ćwiczeniach. W całym dorosłym życiu pierwszy raz mam do czynienia z wysiłkiem fizycznym tak często i tak regularnie. Na razie spektakularnych efektów nie widać, ale te niespektakularne cieszą.

Mięśnie ud, które mi się były objawiły jakiś czas temu, są już elementem stałym; mam wrażenie (niejasne, ale zawsze), że w brzuchu też coś drgnęło; ubolewam tylko nad nieoczekiwanym rozrostem łydek. I tak moja figura jest zbliżona do figury rosyjskiej panczenistki – zwłaszcza w legginsach (a swoją drogą – kto wymyślił ten strój???) – więc dodatkowe kuleczki poniżej kolan nie są mi do szczęścia potrzebne. Najwyraźniej jednak nie da się ćwiczyć tak, żeby łydka nie pracowała…

Ale wszystkie powyżej opisane skutki ćwiczeń świadczą jednak o jednym – efekt jest.

I tu pojawia się robak, co mnie gryzie – skoro taki jest efekt zaledwie dwóch miesięcy regularnych ćwiczeń, zaledwie dwa razy w tygodniu, co by to było, gdybym umiała się zmobilizować do codziennych wygibasów? Obawiam się jednak, że ów robak będzie mnie gryzł dalej, bo prawdopodobnie odpowiedzi na to pytanie na własnej skórze nie poznam.

Zmobilizowanie się do ćwiczeń w domu jest wyzwaniem większym niż sądziłam. Choćbym sobie powtarzała dziesięć razy „to tylko pół godzinki, przecież siedzisz i nic nie robisz, nie musisz akurat teraz czytać/przeglądać internetów/prasować (niepotrzebne skreślić), rusz cztery litery i poćwicz”, na mnie to nie działa. Chyba jestem dla siebie samej słabym autorytetem, a moje lenistwo większe niż ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić.

Tym bardziej mi się nie chce, że mojemu mózgowi najwyraźniej spodobało się to, co słyszę ostatnio coraz częściej – „to ty jeszcze się odchudzasz?”, „a po co? dobrze przecież wyglądasz, wystarczy…”. Nie powiem – mi też się podoba to, co słyszę, ale skoro postanowiłam sobie schudnąć 17, to schudnę! Choćby to miało trwać latami… Na razie trwa 7 miesięcy.

Ale nikt nie obiecywał, że efekt pojawi się z dnia na dzień. Takie cuda tylko u Dukana (nawiasem mówiąc – Francuzi skreślili go niedawno z listy lekarzy za złamanie etyki zawodowej…). Liczę na to, że powolne tempo chudnięcia sprawi, że mój organizm zapomni, że wyglądał kiedyś inaczej, że było go więcej i nie będzie do tego stanu tęsknił. Ja postaram się robić wszystko, by mu to umożliwić – na miarę własnych możliwości. Wiem, że potrafię; wiem że się da i wiem, że dam radę. I w tę wiedzę uzbrojona jadę na wakacje – trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *