Słowo się rzekło, kobyłka u płota – nie ma zmiłuj, muszę zadzwonić do Ani. Inaczej do czerwca po moich zgubionych kilogramach śladu nie zostanie… Moje własnoręczne gotowanie dietetycznych potraw mogę sobie w ucho wsadzić. Tyję. T-Y-J-Ę!!!


Szlag by to i krasnoludki… Właśnie się zważyłam po raz pierwszy po dłuższym odwyku od codziennego porannego rytuału pt.: pobudka, kawa, waga… I zatrzęsłam się w posadach (a wciąż mam je słusznych rozmiarów, te posady…).

Nie dość, że nie spadło, to przybrało! Jak? Dlaczego? Kiedy? Przecież, gdy dostawałam te wszystkie paczuszeczki z pysznościami od Ani Kotus wydawało się to takie… nie, nie proste… takie w zasięgu ręki.

Bo cóż skomplikowanego jest w przygotowaniu sobie śniadania z płatków, owocków i jogurtu? No nic, prawda? A w II śniadaniu, polegającym na kana-peczce z razowca z łososiem wędzonym, zielskiem różnym i jabłkiem na zakąskę? Łatwizna… OK, wyrafinowane obiadki już na pierwszy rzut oka wyglądały na wyzwanie, ale nie było to ostatecznie nic, czego nie można zastąpić czymś równie dietetycznym! Podobnie rzecz się miała z podwieczorkami i kolacjami.

Uzbrojona w taką WIEDZĘ (wszyscy, którzy znają się na komponowaniu diet, proszeni są o wybaczenie tego nadużycia…) ruszyłam do walki. Nie spodziewałam się jednego – że przeciwko sobie będę miała potężnego przeciwnika, czyli… siebie. Co sobie pracowicie przygotowałam dietetyczne danko, to dożarłam chlebkiem. Co odpuściłam w obiad, uzupełniłam kolacyjką.

Małgosi się na oczy nie pokażę! Mam napisane jak wół, co mam robić i jeść, a ja „siama”. A najwyraźniej „siama” nie jestem w stanie objąć rozumkiem tych wszystkich zawiłości dietetycznych. W sensie, że skoro jakaś grupa produktów rano, to nie wieczorem i na odwyrtkę. Albo zupełnie inaczej…

Poza tym z całą stanowczością – i po raz kolejny! – oświadczam, że zima to nie jest czas dla ludzi na diecie! Stanowczo nie!

Na przykład taka grochówka – nagotowałam jej, pysznej, cały gar. Wpadłby ktoś w lipcu na gotowanie grochówki? No nie… prędzej chłodniczek i jakaś roślinność… Ale w styczniu? Z glajdrą i zimnem za oknem? Grochóweczka! I co teraz? Rodzina pożre z przytupem, a ja co, pies? Oczywiście, że się skuszę. W końcu to tylko groch, warzywa i ziemniaki. Wprawdzie na żeberku i wędzonce, ale nie muszę tego jeść, prawda?

I tak jak z tą grochówką jest z większością dań w domowym menu. Oczywiście trzymam fason i zjadam jedną trzecią porcji albo dokładam miskę sałaty, ale najwyraźniej kalorie z dania dla całej rodziny przechodzą do mojej porcji. Bo jakoś reszta domowników nie tyje.

Tak czy owak – sromotną porażkę poniosłam, odchudzając się na własnym wikcie. Podkulam ogon pod siebie i biegnę błagać Anię o gotowanie dla mnie. Nie po to w końcu zaczęłam chudnąć, żeby w końcówce wyścigu poddać się bez walki, prawda?

Trzymajcie kciuki!

P.S. Ćwiczę regularnie, tararara…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *