Matko jedyna, łoJezusie nazareński i wszyscy święci!!! Pierwsze dni nowego roku mijają mi pod hasłem „oj boli”…


I nie chodzi bynajmniej o ból egzystencjalny związany z mijającym kolejnym rokiem ani głowy ból po ekscesach sylwestrowych. Nic z tych rzeczy. Otóż po dłuższej przerwie związanej z: primo – przygotowaniami do świąt; secundo – samymi świętami; tertio (ale w zasadzie primo…) – zwykłym, najzwyklejszym lenistwem, postanowiłam byłam poćwiczyć.

Waga powiedziała mi bowiem bezlitośnie, że czegom się w święta ustrzegła, tegom sobie po nich nie odmówiła i nadrobiłam z nawiązką… Kilogram w górę! KILOGRAM. Z którym walczyłam jak ze smokiem trzygłowym przez ostatni miesiąc.

Do głowy przychodzi mi kilka określeń na to moje zachowanie, ale żadne z nich się do druku nie nadaje. Ale wszystkie soczyste…

No więc spakowałam plecaczek, butki sportowe doń wrzuciłam i dziarsko pomaszerowałam na trening. Trening pod tytułem „jędrne pośladki” czy jakoś tak… Nic nie zapowiadało kataklizmu. Nawet po pierwszym pytaniu trenerki „czy jest wam już ciepło?” wyrwałam się jak jaka głupia i radośnie krzyknęłam „nie”.

I już tak mi zostało do końca… W sensie słowo „nie” mi zostało. Jęczałam, stękałam i dyszałam na milion różnych sposobów. Okazało się, że prawdą jest to, że człowiek ma w sobie pół tysiąca mięśni. Ja do tej pory byłam przekonana, że mam może 10… no, 11 z tym, co mi się był objawił ze dwa miesiące temu. Od dwóch dni wiem już na pewno, że mam ich znacznie więcej, a bolą jakbym miała nadwyżkę. Ale przeżyłam te „jędrne pośladki”, choć w trakcie treningu wcale nie byłam tego taka pewna.

Okazuje się, że jednak co trening w grupie, to w grupie… Nie da się wyjść na „pięć minutek” i włączyć pauzę w odtwarzanym filmie. Nie da się udawać, że och, ach, ćwiczę dokładnie tak, jak pani ładna w telewizorku pokazuje. Nie da się markować, że nóżkę podnoszę, kiedy nie podnoszę. A że ja na drugie imię mam lenistwo, to taki trening z żywym trenerem jest zdaje się rozwiązaniem dla mnie – to znaczy: jest bat, są efekty.

A efektów oczekuję w nowym roku, bo tak sobie postanowiłam (w sensie postanowiłam mieć efekty, a nie oczekiwać…). Bezdyskusyjne jest to, że udało mi się schudnąć, teraz zamierzam (chudnąć nadal do zamierzonego wyniku) zadbać, by to odchudzone ciało nie zwisało tu i ówdzie. Na razie bowiem zwisa. I drży jak galaretka. I grawitacja je ciągnie ku ziemi…

Nie żebym zaraz chciała mieć kaloryfer na brzuchu i biceps jak Popey, ale wolałabym jednak być… jak by to określić… bardziej skondensowana.

Plan minimum – na nowy rok – to dwa treningi w zorganizowanej formie tygodniowo. Jeśli uda mi się w międzyczasie jeszcze dodać kilka ćwiczeń od siebie, będę zachwycona. I może się zdarzyć, że porzucę rozmiar 40 (który bywa już za luźny…) i w 38 się wcisnę. W rozmiar, który zdawał się już być nie do zdobycia. A to już będzie coś!

Trzymajcie kciuki!

P.S. a ja się chwaliłam nowym lookiem?
Bez tytułu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *