Święta, święta i po świętach… Starałam się bardzo w to Boże Narodzenie. Zagryzałam zęby, gdy wokół dźwięczały widelczyki z sernikami, piernikami, makowcami i innymi słodkościami. Głuchłam namawiana na dokładki wędliny, pasztetów i rybek… Odmawiałam sobie makiełek…


I – nie wiem, czy schudłam, czy przytyłam. Najzwyczajniej w świecie… boję się wejść na wagę. Mam bowiem nieprzeparte wrażenie, że jest mnie po świętach więcej. Być może sprawiło to gotowanie świątecznych potraw – jak nie spróbować, gdy się zabłysnąć kulinarnie chce? Nawiasem mówiąc – czy ktoś kiedyś zrobił badania – ile dodatkowych kalorii pochłanianych jest podczas przygotowywania potraw?

Ale – szczerze mówiąc – nie przejmuję się tym, ile w tej chwili na sobie cielska noszę. Dopięłam bowiem swego: wbiłam się w malusią sukieneczkę na Wigilię! Wrrrrrróć! Wcale nie musiałam się wbijać – w tym rzecz! Założyłam z ogromną ŁATWOŚCIĄ sukienkę, która zaledwie pół roku temu była absolutnie poza moim zasięgiem! Sukienka ta, prócz swojego rozmiaru miała też to do siebie, że była – proszę państwa uwaga! – krótka! Co ja mówię krótka – ona była mini! Gdyby ktoś mi to powiedział sześć miesięcy temu, nawet nie bawiłabym się w komentowanie tego, tak absurdalnie by to dla mnie brzmiało…

Co chcę przez to powiedzieć? Ano – DA SIĘ! Bezwzględnie i bezdyskusyjnie – DA SIĘ SCHUDNĄĆ. Ja jestem tego najlepszym przykładem – 12 kilogramów w pół roku. Średnio 2 kilogramy tracone w miesiąc. Tylko ja wiem, ile więcej udałoby mi się zrzucić, gdyby nie uleganie słabościom, machanie ręką na podjadanie, odpuszczanie sobie.

Było kiepsko momentami, nie przeczę. Tysiąc razy chciałam rzucić to całe odchudzanie w kąt, setki razy klęłam w żywy kamień dietę, iks razy zastanawiałam się, po Anielkę ja się tak męczę? W momentach zwątpienia zadawałam sobie pytanie, czy nie wystarczy polubić siebie, jak radzą wszystkowiedzące podręczniki rozwoju? Zaakceptować siebie ze wszystkimi kilogramami nadprogramowymi? A potem zaglądałam do archiwum zdjęciowego i widziałam siebie taką, jaką trudno mi było polubić. I zagryzałam zęby (bywało, że na kawałku kiełbasy z musztardą…) i – udało się.

Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego kwartału osiągnę zamierzony cel – a przypominam jest to 17 kilogramów mniej od wagi wyjściowej (czyli od 82 kg !). Potrzebuję tylko (i aż) silnej woli i dyscypliny. Bo bez tego nie ujadę… Mimo zapału neofity dla ćwiczeń i ich efektów nie jestem też typem sportowca i nigdy nim nie będę – trudno, przeżyję. Pewnie będę od czasu do czasu fundować sobie mały trening, żeby nie wyjść z rytmu i podtrzymywać przy życiu mięsień uda, który objawił mi się był któregoś dnia.

Ale na codzienne ćwiczenia brakuje mi samozaparcia. Pod świąteczną choinką znalazłam nikomu już niepotrzebne 12 kilogramów, A moje noworoczne postanowienie brzmi – wytrwać i dać radę… Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *