Tfu, tfu, tfu… spluwa na mój widok koleżanka redakcyjna i ze wstrętem odwraca głowę.

„Nie mogę na ciebie patrzeć , chudzielcu” – w sensie taki żarcik. Do chudzielca brakuje mi sporo i choćbym na głowie stawała nim nie będę, ale faktem jest, że już WIDAĆ. Gołym okiem i to okiem obcym. Znaczy się – obiektywnie widać, że schudłam. Bo to, że ja to widziałam, zawsze można było zwalić na karb autosugestii, ale kolejny komentarz „czy ciebie nie ubyło?” musi o czymś świadczyć…

A żeby jeszcze bardziej rzucać się w oczy postanowiłam do zestawu chudy brzuch i mięśnie dodać jeszcze jedną diametralną zmianę. Po 40 z górą latach postanowiłam z brunetki przeistoczyć się w blondynkę. Napadło mnie kilka miesięcy temu, w trakcie któregoś z gorszych dni w trakcie odchudzania.

Jęczałam, marudziłam, nic mi nie pasowało i jakoś tak z głupia frant, u Małgosi na masażu rzuciłam „nieeeee wiem, może się na blond zrobię…”. Cisza, jaka zapadła po moich słowach dała mi do zrozumienia, że dołek psychiczny jest większy niż myślałam… Chwilę później jednak Małgosia wyraziła ostrożną aprobatę ale dodała, że nie powinnam podejmować żadnych gwałtownych kroków i że za ścianą siedzi fachura, która mi powie, czy to w ogóle ma sens.

I tak trafiłam w ręce Mirki (dziś dwa piętra niżej). Pokiwała głową nad moim dołkiem i odchudzaniem (bo to początki były, jakieś marne 4 kilo w dół dopiero…) a o blondzie powiedziała „się da, ale nie od razu…”. I tak oto, pomalutku, po cichutku zmieniała mój głęboki brąz (przetykany już coraz bardziej siwizną) w coraz jaśniejsze kudły. Efekt ostateczny planowany jest na wiosnę. A że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że również wiosną osiągnę zaplanowaną wagę, może się okazać że zaczęłam proces zmian jako tłuściutka brunetka, a skończę jako smukła platynowa blondyna. JA! BLONDYNA! Nic mnie ostatnio tak nie bawi, jak ta perspektywa…

Aaaaaa… zapomniałabym dodać – schudłam 12 kilogramów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *