Odchudzania piąty miesiąc zaczynam. Całe to myślenie o utracie kilogramów przestało być ekscytującą nowością, stało się codziennością.


Regularnie co trzy godziny w mojego wnętrza dobiega głośne bulgotanie, co niechybnie oznacza, że pora na małe co nieco. Organizm się wyregulował, bez patrzenia na zegarek wiem mniej więcej, która jest godzina. Tu i ówdzie zniknęło to i owo (to nie może być przypadek, że kilka osób niezależnie od siebie stwierdziło, że zauważa brodę w mojej twarzy… wcześniej był to najwyraźniej jednolity twór), o kłopotach odzieżowych już pisałam wielokrotnie…

Bez zmian natomiast pozostaje mój stosunek do aktywności fizycznej – no nie kochamy się z koleżanką, nie kochamy niestety. Niby ćwiczę to i owo, niby ocieram pot z czoła, niby widzę w lustrze, że tu i ówdzie się mięsień zarysowuje, ale jednocześnie zastanawiam się, ile w tym czasie mogłabym zrobić innych, znacznie przyjemniejszych rzeczy (dochodzi do tego, że w kategorii „przyjemne” mieści się również prasowanie i sprzątanie w szafach…). Między bajki muszę włożyć te wszystkie opowieści o znakomitym samopoczuciu, o przypływie energii i takich tam endorfinach. Mnie tam nic nie przypływa, mimo upływu czasu… Ale się zaparłam – na ile mi entuzjazmu starczy, nie wiem, ale się staram.

Na dodatek teraz przede mną spore wyzwanie – po trzech (z kawałkiem) miesiącach (z małą przerwą na urlop…) diety dostarczanej pod nos przez Anię Kotus, diety idealnie zbilansowanej, różnorodnej i kolorowej, smacznej, świeżej – idealnej po prostu – przechodzę na własny wikt. Po trzech (z kawałkiem) miesiącach rozpieszczania mnie daniami, których smak chodził za mną całymi dniami, postaram się sama sobie smaków różnych dostarczać. Po trzech (z kawałkiem) miesiącach niemyślenia o tym, co zjem następnego dnia, będę teraz musiała skrupulatnie pilnować tego, co pochłaniam i w jakich proporcjach. Przez trzy (z kawałkiem) miesiące (z małą przerwą na urlop…) budził mnie rankiem kurier z torbą pełną jedzenia. Wieczorem z przyjemnością oddawałam się lekturze menu na następny dzień i szykowałam kubki smakowe na nowe smaki. I teraz postanowiłam zmierzyć się z tym sama. Nowy rozdział zaczynam od listopada – zobaczymy, czy dam radę i jak to odbije się na mojej wadze.

Trzymajcie kciuki! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *