Rozmiary w dół, szafa pusta – czyli felieton z „Głosu”

Kategorie: Bez kategorii

Chciałaś się odchudzać, to teraz kombinuj, co na siebie włożyć – takie myśli nachodzą mnie codziennie rano. Stoję wpatrzona w zawartość szafy i kombinuję, co by tu dzisiaj na grzbiet narzucić. I – powód to zarówno do dumy, jak i niepokoju – co narzucę, to źle…

Tu zwisa, tu za dużo, tam niedopasowane… Za każdym razem jestem zdziwiona, bo ostatnio większość rzeczy z tej samej szafy była dopasowana aż za bardzo. Tak bardzo, że oddychać nie mogłam. Jeśli w ogóle udało mi się wcisnąć w tę czy tamtą bluzeczkę…

Nie powiem – pożegnanie z dużą oponką na brzuchu jest bardzo miłe i specjalnie za nią nie tęsknię – ale, jak mawiał Tewje Mleczarz, z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że szykują się wydatki… Na razie ratuje mnie bardzo przytulny lumpeksik, który przycupnął w najbliższej okolicy i za naprawdę niewielkie pieniądze pozwala się jako tako odziać. Ale to rozwiązanie tymczasowe i jak miecz Damoklesa wisi nade mną świadomość, że wkrótce będę musiała ruszyć do prawdziwego sklepu jednego z drugim i zacząć zastanawiać się nad nową garderobą.

A – wierzcie lub nie wierzcie – nie ma gorszego zajęcia na świecie! Koleżanka Joanna świadkiem, że na zakupach odzieżowych zmieniam się w najbardziej gderliwego i marudnego tetryka na świecie! Po pierwsze – wybór. Znalezienie wśród tysięcy wyglądających identycznie szmat takiej, która nie dość, że odzieje, to jeszcze będzie wyglądać, jest ponad moje siły. Po drugie – przymierzalnie. Nie ma pory roku, która jest dobra na zakupy w sklepie z ciuchami. W lecie za gorąco i szlag trafia po pięciu minutach. W zimie – za dużo rzeczy do zdjęcia. Szlag murowany. Po trzecie – brak wyobraźni. Jakoś w żaden sposób nie jestem sobie w stanie ogarnąć, że coś tam będzie pasowało do czegoś zupełnie innego. Właściwie potrzebny mi ktoś, kto doradzi, ale po ostatnim (i jedynym) doświadczeniu z koleżanką Joanną jako personal shopperem, wiem, że już nigdy więcej nie narażę jej i siebie na taką traumę, Bo któraś tego nie przeżyje…

Na razie jednak muszę opękać w za dużych spodniach i w niedopasowanych koszulach, bo obiecałam sobie, że żadnych nowych szmat zanim nie schudnę co najmniej 15 kilogramów. A że chudnę sobie powolutku (bo od czasu do czasu grzeszę i znów nie ćwiczę), to może to trochę jeszcze potrwać…

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *