10 kilogramów mniej. D-Z-I-E-S-I-Ę-Ć!

Waga w środę rano zawahała się i pokazała 72,2. Od startu więc jak w mordę dyszka zleciała. Czyli – hura:)

Kryzys był, ale się zmył. Przyszła złota polska i jakoś się rozeszło zniechęcenie po kościach. Rozszedł się też zapał ćwiczebny, ale jeszcze wróci, wierzę w to…

– Acha, acha… – JA marzące o talii osy i długich nogach sceptycznie mruknęło pod nosem. – Już to widzę. Karnecik masz? Masz. Na ćwiczenia możesz chodzić jakie chcesz i chodzisz? Nie chodzisz. Wieczorami Chodakowską mogłabyś ćwiczyć i ćwiczysz? Nie ćwiczysz… Ale ile gadania było… Ojojojoj…

– Ej, no! Przecież wiesz jak było – JA gotujące, smakujące i piekące ujęło się życzliwie za mną. – Jak zaczęła ćwiczyć, przestała chudnąć. A jak przestała chudnąć, zaczęła panikować… Niech nie ćwiczy, bo cholery z nią można w chałupie dostać.

Co racja, to racja…

Się byłam zawzięłam i z Chodakowską co drugi dzień ćwiczyłam. Nawet nie umierałam pod koniec zestawu ćwiczeń, ba! – zdarzało się jeszcze włączyć jakiś mały pakiecik dodatkowy. Kiedy jednak waga stanęła w miejscu jak zaczarowana, zgłupiałam.

No bo jak to – dietka, ćwiczenia, powinnam chudnąć jak pershing, a tu co? A tu pstro…

Więc się co zrobiłam? Więc się zniechęciłam (jak to niewiedza człowieka ukrzywdzić może…)

Mądre ludzie mówili – się ćwiczy, się wolniej chudnie, bo energia coś tam, coś tam, mięśnie coś tam, coś tam….

Ale ja nie wierzyłam. Bo mi się to w główce o małym rozumku zmieścić nie chciało…

Małgosia tłumaczyła (a ja nie wierzyłam), Aśka od maratonów tłumaczyła (nie wierzyłam w dalszym ciągu), Chodakowska też wytłumaczyła i kazała się nie przejmować, tylko ćwiczyć dalej (prawie uwierzyłam)…

Ale ćwiczyć przestałam.
A kilogramy zniknęły.

To teraz zapowiadam wszem i wobec, że zacznę regularnie ćwiczyć. Musi – wcześniej czy później – przyjść taki moment, że forma wzrośnie a kilogramy zlecą. Teraz już wiem, że to po prostu trzeba przetrwać.

Przetrwać trzeba też przesilenie jesienne.

No co to jest za zmora, jak babcię kocham! Krótsze dni, chłodniej za oknem i nagle moje cielsko woła „bigosu chcę!, fasoli gęstej!, szynki!, befsztyków!, smalcu! chleba!”. I już te moje dietetyczne sałatki, zupy kremy i inne smakołyki przestają wystarczać. Po śniadaniu i drugim śniadaniu jeszcze jest jako tako, ale później… Luuudzie!

Włącza się opcja „głód” i nie chce za nic wyłączyć. Zwariować można. Po trzech z górą miesiącach czuję się tak, jak na początku zmian. Znaczy się – ssie mnie! Ssie mnie głód, myślę o jedzeniu, czekam na kolejny posiłek… Bez sensu.

Kołacze się we mnie nadzieja, że to tak samo przejściowy stan jak wszystkie kryzysy – srysy, ale co mi po nadziei, kiedy głód dopada i ssie…? Zapijam go hektolitrami wody, bo szkoda by teraz się rozborsuczyć…

Bo przecież DYSZKA, DYSZECZKA, DYSZEŃKA mniej:) To się liczy chyba. Bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *