Myśl mnie jedna nurtuje od dłuższego czasu… Jem codziennie tyle samo (OK – kiedy grzeszę, jem więcej lub niedozwolone, obrzydliwie pyszne rzeczy), mniej więcej od trzech miesięcy regularnie jak w zegarku i… ciągle chudnę. I się tak zastanawiam ostatnio – gdzie jest tego chudnięcia koniec?

Gdzie jest tego tracenia wagi kres? Bo strach pomyśleć, że jedząc wciąż to samo, tak samo często, grzesząc tylko umiarkowanie, można schudnąć do… bo ja wiem – rozmiaru XXXS, lub jeszcze mniejszego…

Jak to jest? I w ogóle jak to się dzieje, że tak się dzieje? A skoro już się dzieje, czy da się to zatrzymać? I jak to zrobić? Zacząć jeść więcej i znów tyć? No i przybłąkał się taki dylemat do mnie i się snuje po głowie i spać nie daje. Zapytam moją Margaret… I Anię Kotus też zapytam, bo niezmiennie mam wrażenie, że to, ile jem i co jem, ma niewiele wspólnego z „dietą”. Gdy bowiem ktoś słyszy, że jestem na diecie z politowaniem kiwa głową, a tymczasem ja mam nieustające wrażenie rozpieszczania. A gdzie wyrzeczenia? A gdzie od ust odejmowanie? Gdzie chleb i woda? Pot i łzy? Siedzi w głowie stereotyp odchudzania i wyjść nie chce…

Tymczasem jedyny pot i łzy, jakie są moim udziałem organizuję sobie sama. Bo staram się być konsekwentna i ćwiczę. Porzuciłam wprawdzie rzeźbienie pośladków a’ la Mel B., ale wytrwale gnę się w prysiudach z Ewą Chodakowską. I – uwaga, uwaga – wytrzymuję już całość bez stanu przedzawałowego. Ba! po ćwiczeniach nie muszę już wycierać mokrej plamy potu z podłogi, którą do tej pory niezmiennie w miejscu swych ćwiczeń znajdowałam… Ostatnio nawet przemknęła mi przez głowę szalona myśl, że może dwa razy z rzędu by tak ze Skalpelem powalczyć, albo poszukać czegoś jeszcze… Świat się kończy:)

Trochę mnie tylko zdziwiło nagłe zatrzymanie wagi w ostatnim tygodniu. Bo niby chudnę, a od kiedy nastąpiła moja mobilizacja ćwiczebna – waga się zbiesiła. Czy może być tak, że cielsko zmobilizowało siły i nastawiło na obronę przed nagłą i nieoczekiwaną aktywnością fizyczną? Potraktowało ją jak napad i – zastrajkowało? Tym bardziej mnie to irytuje, że ćwiczę i ćwiczę, a efektów (prócz ewidentnej poprawy kondycji, ale nie do końca mi o to chodziło…) nie widać. Brzuch nie pręży się we wdzięcznym kaloryferze, uda nadal trzęsą jak galaretka, a ramionka (nie)wdzięcznie zwisają. Pocieszam się myślą, że i Kraków nie od razu zbudowano (choć perspektywa tak długiego czekania nie jest bynajmniej krzepiąca…)

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *