Odchudzam się i odchudzam, wszyscy wokół wiedzą, że jestem na diecie (skutkuje to między innymi wykluczeniem mnie z dostępu do pysznych przekąsek na spotkaniach towarzyskich), jem zdrowo i niczego mi nie brak, a to sprawia, że trudno powiedzieć „e tam, odpuszczam sobie…”.


A było parę takich momentów, nie powiem. Bo przecież to, że ja jestem na diecie, niekoniecznie oznaczać musi, że na dietę przechodzi cała rodzina. Tymczasem są momenty, że tak to wygląda. Kiedy sobie to uświadamiam, zakasuję rękawy, wpadam do kuchni i… się zaczyna. Na własnoręcznie przyrządzone racuchy z jabłkami nie dałam się skusić (łatwizna – mączno-słodkie wyroby nigdy nie należały do moich faworytów kulinarnych), urokowi szarlotki z elementem brzoskwiniowym i lodami śmietankowymi też nie uległam (jak wyżej…), ale kiełbaska? Z musztardką? Porzucona, samotna i apetyczna? I bach – jest grzech! Dietetyczny oczywiście. I jakoś tak dziwnie się dzieje, że ilekroć tak zgrzeszę, otwiera się we mnie jakaś przestrzeń piekielna, z której słyszę wołanie „więcej, więcej, więcej…”. A ja mam słabą silną wolę… I wtedy pojawia się pokusa, by powiedzieć „e tam, odpuszczam sobie…”.

A przecież to, co jem na co dzień (i od czego chudnę – podkreślmy wężykiem) jest znakomite. Taki na przykład poniedziałkowy zestaw – grahamka z pastą rybną i pomidorem, do tego jabłuszko. II śniadanie – jogurt z nasionami słonecznika i brzoskwinią (kto nie jadł, niech się nie krzywi – pyyyyycha). Obiad – spaghetti z pomidorami, cukinią, marchewką i kurkami. Tak nawiasem mówiąc – najadłam się do syta połową porcji. A do tego jeszcze sałatka owocowa przewidziana była… Na podwieczorek – lajtowo – sałatka z arbuza z fetą i miętą. I królowa poniedziałku! Absolutny faworyt mojej diety! Fenomenalna zupa krem z porów! Luuuudzie… Ja mogłabym to jeść codziennie. Ja jadłabym to pięć razy dziennie. Ja jadłabym to, aż by mi obrzydło. Kubki smakowe zwariowały! Absolutnie niezwykły smak. Śni się po nocach. A myślałam, że nic nie pobije kremu z fasolki szparagowej. O jakże się myliłam..

Jak mogę – jedząc takie frykasy – myśleć „e tam, odpuszczam sobie…”? No jak? Więc nawet, gdy myśl taka przemknie mi przez głowę, ba! – nawet gdy zgrzeszę – kończy się na myśli, kończy się na grzeszku, kończy się na pokucie dnia następnego. Teraz tylko powinnam zacząć przyzwyczajać się do myśli, że tak jeść powinnam już na wieki wieków amen. Bo jak sobie odpuszczę, to – znów aktualny będzie felieton nr 1.
Trzymajcie kciuki! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *