Wróciłam z wakacji, wróciłam do diety, wróciłam do masaży. Wróciłam do siebie. Waga na szczęście nie wróciła. To już prawie półmetek mojego zamierzonego celu. Jak na dwa miesiące z małym haczykiem – chyba nieźle…

Tymczasem wzięłam się za swoją żenującą aktywność fizyczną. Wprawdzie „wzięłam się” to na razie za dużo powiedziane, ale pierwszy poważny krok zrobiłam. Zapisałam się otóż do systemu, który umożliwia mi korzystanie z tryliarda różnych miejsc, w których można zadbać o formę – baseny, tenisy, siłownie, cuda wianki. Grzechem nie skorzystać.

Więc korzystam. To znaczy… na razie byłam raz. Na spinningu. Luuuudzie! Przyznałam się grzecznie trenerce, że nie posiadam mięśni, żeby przypadkiem mnie wysiłkiem nie zabiła. Popatrzyła na mnie dziwnie i zapewniła, że przeżyję. I dała fory – miałam nie robić tych wszystkich sztuczek, które będzie zadawała pozostałym uczestnikom treningu. Początek wyglądał nieźle – ot, kręcenie pedałami w tempie muzyczki, która ciurkała z głośniczków. „Luzik, nie takie rzeczy na rowerze na podwórku z chłopakami się robiło” – pomyślałam naiwnie – „jak to ma tak wyglądać, to nie będę się wygłupiać i równo ze wszystkimi będę ćwiczyć”. I wtedy trenerka powiedziała po raz pierwszy „iiiiii w górę….”. Się nawet podniosłam. Ba! – nawet udało mi się wytrzymać jakieś 30 sekund. Ale chwilę później moje mięśnie nóg przestały współpracować i zrobiłam „siad”. I właściwie tak już zostałam… Może jeszcze ze dwa razy poderwałam się ambitnie z siodełka, ale nogi już takie ambitne nie były. Moje tętno w czasie spinningu oscylowało koło 300 na minutę, oddech rwał się jak PRL-owski papier toaletowy, a mięśnie (ja nie wiedziałam, że ja mam tyle mięśni i w takich miejscach!) drżały jak osika na wietrze. Po godzinie harówki spadłam z siodełka i popełzłam do szatni. O dziwo, następnego dnia nie miałam zakwasów… Teraz pójdę chyba na jogę – chyba nie każą mi na pierwszych zajęciach stawać na głowie? Zobaczymy.

A!Byłam na masażu. Nie bańką. Tym razem drenowałam się ręcznie. W gabinecie Małgosi Madej w obroty wzięła mnie Asia, której – przypominam – się bałam. Aż tu nagle – niespodzianka! Nogi moje, po dwóch miesiącach diety i kilku drenażach limfatycznych bańką okazały się całkiem dobrze reagować na żelazny nacisk rąk masażystki! Sama Asia zauważyła różnicę – podobno wreszcie można wykonać na mnie jakiś sensowny zabieg, bo wcześniej trudno się było przedrzeć przez zmagazynowane pokłady zbitego tłuszczu (błe, jak to brzmi…). W dodatku nie łaskotało! Ale do czasu. „Boczki” i brzuch to dramat jakiś był…. I o ile po spinningu zakwasy się nie pojawiły, to dzień po masażu chodziłam jak John Wayne, a żebra bolały mnie jakbym się z koniem kopała. Ale będę twarda!

Poprosiłam też Małgosię, by wspólnie z Anią Kotus obniżyły mi wartość kaloryczną posiłków. Wydaje mi się ciągle, że jakoś tak za mało chudnę, a za dużo jem. Usłyszałam, że mam nie kombinować, a gdy jeszcze przyznałam się, że ćwiczę, Małgosia powiedziała, że powinnam jeść więcej i odgrażała się, że podniesie mi liczbę kalorii w diecie. Ja to jednak zielonego pojęcia o mechanizmach rządzących organizmem nie mam… Ale się uczę – najlepszy dowód, że potrafiłam tak się żywić w wakacje, że nie przybrałam, a schudłam. A już pisałam, że grzeszyłam kulinarnie jak najęta… I jak już się wszystkiego nauczę, to będę chudziutka jak trzcinka:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *