7,5 kilograma mniej.
Brzmi jak najpiękniejsza melodia…
7,5…
siedem i pół…
Tararara…

A co się nagrzeszyyyyyyyyyłam w te wakacje! Grzech za grzechem i grzechem pogania:) Ale w wakacje są wakacje, prawdaż?

Prawdaż.

Bo o takiej diecie jaką trenowałam przez kilka tygodni, na urlopie mogłam sobie tylko pomarzyć. Ewentualnie poczytać jadłospisy Ani, które wzięłam przezornie ze sobą. Jako, że wakacje mamy kompletnie niezaplanowane (tzn.: termin urlopu był jedynym pewnikiem…), nigdy nie wiedziałam, czy w samochodzie spędzimy pół godziny czy godzin pięć. Teoretycznie miałam pod ręką jakieś jabłuszko, kanapeczkę przepyszną, czy cóś (czycósiów było najwięcej…), ale nie opuszczało mnie poczucie, że jakoś to nie tak, jak być powinno.

Jedyne czego pilnowałam to czasu posiłków, ale trafiły się tu i ówdzie wtopy. Oj, trafiły…

No bo na ten przykład weź się człowieku opanuj i nie zjedz przez dziecko porzuconej i samotnej połówki gofra XXL z nutellą i bitą śmietaną? No się nie da się… Choć trzymałam się dzielnie. Dla siebie zamówiłam gofra z truskawkami i zeżarłam tylko truskawki (tu fanfary, trąbki i bębny!), a jako, że porcja była XXL, to było tego sporo. Dumna i blada byłam… przez jakieś 10 minut. Później schowałam dumę do kieszeni i rzuciłam się na wspomnianego wyżej gofra dziecka.

– Gofra? A chlebuś ze schabikiem bratowej? A placki ziemniaczane w Gryźlinach? – JA marzące o talii osy i długich nogach wypuściło powietrze, które wstrzymywało od dłuższego czasu. – A alkoholik na łajbie Blondynki? A kiełbacha z grilla?

– Noooo… – westchnęło tylko JA gotujące, piekące i smakujące. – No…

Oj, i miało racje, że wzdychało – o takim weekendzie długo teraz przyjdzie mi marzyć… Doborowe towarzystwo (szantowy wieczór na dwa głosy z M. – niezapomniany, raz jeszcze dzięki), gderanie Blondynki na temat nieodpowiedzialności gości, których z dobrego serca na pokład przygarnęła (nie wypłacę ci się I. do końca życia…), pływanie w przeczystym jeziorze o świcie (świt: pora tuż po przebudzeniu, bez względu na porę przebudzenia – definicja własna) i kojące nicnierobienie…

W boczki nie poszła nawet wizyta u nieustannie karmiącej Rodzicielki. Nie dała rady mojemu uporowi (skąd mi się to wzięło????) i jadłam tyle, ile chciałam.

A jednak najwyraźniej nicnierobienie w postaci długich spacerów, pływania, od czasu do czasu popedałowanie miało wpływ na brak efektu jojo. W dodatku na finał, już po urlopie zafundowałam sobie jeszcze godzinny spinning, podczas którego myślałam, że umieram, a obudziłam się bez najmniejszego zakwasika…

Jest MOOOOOOOC. Jest EFEKT. Jest DOBRZE. Dla zapominalskich – 7,5 kilograma mniej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *