Się doczekałam. Urlop, urlopik, urlopiątko… Nic nie będę robić. N – I – C! Czytać, czytać, spać, czytać, spać… Ot, nieskomplikowany plan mam taki…

– No, no… i ten plan cuchnie mi dodatkowymi kilogramami na kilometr – JA marzące o talii osy i długich nogach ani myślało mnie wspierać. – Spać, obżerać się goframi, czytać o dietach i obżerać się kaszanką. Znam cię, jak zły szeląg – warczało nieprzyjaźnie.

– Nie ma to jak pozytywne nastawienie – mruknęło znad mapy Polski JA smakujące, gotujące i piekące. – Tu można by wpaść… Adamczewski dobrze pisał o tej restauracji – błądziło palcem po województwach nieświadomie się oblizując.

– Jaaasne, ty pozytywnie nastawiasz – pierwsze JA zaczynało histeryzować. – A stracony tłuszczyk wróci migusiem, ja to wiem, ja to czuję, ja nie chcę nigdzie jechać!!!

Na szczęście jestem ostatnio spokojna niczym kwiat lotosu na tafli jeziora, więc niespecjalnie mnie tocząca się awanturka obeszła. Jak będzie, tak będzie. Katować się nie zamierzam (zresztą – ani dnia do tej pory się nie katowałam…), wiem co nieco na temat tego jak można, a jak jeść nie należy. Dam radę.

Może nawet ruszę swoje cielsko i coś z tą aktywnością fizyczną zrobię? Może… Bo póki co ograniczam się do siadu i wstania. Z krzesła. Tudzież fotela samochodowego. Bo na drugie mi „leń” dali…

Małgosia powiedziała, że najważniejsze żeby nie wrócić większą, niż się wyjechało. Będę walczyć! A jakie będą skutki – zobaczymy…

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *