Kapusta z boczkiem w diecie odchudzającej – tego się nie spodziewałam:) Pożarłam ją w tempie i stylu, którego się odrobinę wstydzę, ale co się dziwić?

Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś stanie w drzwiach i wrzaśnie „stój, to nie było dla ciebie, to znalazło się w twoim zestawie przez pomyłkę…”

Pewien trop, że to nie była pomyłka, mógł stanowić kawałek vasy, przez niektórych uważanej za pieczywo (wybaczcie dietetycy, ale paskudztwo to jest wyjątkowe – bez smaku, wyglądem przypomina tekturę, a w dodatku klei się w nieprzyzwoity sposób do zębów…, cóż jednak – mamuś mówili „chcesz być piękna, to cierp…”:). I tylko dlatego, że znalazłam toto obok kapusty, nie zadzwoniłam do Ani z pytaniem „skąd to? jak to? można to?”. Pożarłam i urzeczona jestem.

Nie to, żeby inne dania były gorsze – bo niby w czym wielgaśny kawał bagietki z milionem warzyw i fetą ma ustępować kapuście? albo chłodnik z botwinki, nieprzyzwoicie smaczny? tudzież kurczak w kolorowym pieprzu z młodymi ziemniaczkami i fasolką szparagową? No, luudzie… taki olinklusiw mam, że hej:) I jeszcze chudnę… powolutku, ale zawsze:)

– Powolutku, boś przyrosła do krzesła – JA marzące o talii osy i długich nogach warknęło nieprzyjaźnie.

– Weeeź, człowieka nie stresuj – JA gotujące, piekące i smakujące wzięło mnie w obronę. – Na rower pojechała? Pojechała… Dała radę wrócić ze Strzeszynka? Dała… I nawet za bardzo ducha nie wyzionęła…

– Strzeszynek, też mi mecyje… – złośliwe JA nie zamierzało odpuścić…

Fakt – pojechałam, wróciłam, przeżyłam. Zakwasów nawet nie miałam, choć siodełko drugiego dnia jakby większe było… i uwierało tu i ówdzie. Bardziej ówdzie…

Jak łatwo wywnioskować – dwa dni z rzędu ujeżdżałam na rowerku. Szału nie ma, ale zawsze coś… I w jeziorze pływałam. Żabką rozpaczliwą i krótko, ale to też można chyba zaliczyć do aktywności…

Taaaaa… do tuzów sportu nigdy zaliczać się nie będę, nie ma siły…

Żeby czytanie odchudzało! Mogłabym wówczas nawet w anoreksję popaść niechcący… Ale nie odchudza. To największy kłopot sportu w ogóle – że się w trakcie czytać nie da. Jeszcze jakoś wyobrażam sobie bieżnię, czy rower stacjonarny z książką (choć i tak obawiam się, że pot zalewający oczy mocno komplikowałby przyswajanie treści), ale inne dyscypliny? Kiszka…

Chociaż…

…wymyśliłam!

O, ja cię! Wyważyłam otwarte drzwi i właśnie wymyśliłam audiobooka:) i teraz rozumiem, po co toto powstało:) Dla takich odpornych na wysiłek pańć jak ja:)

Pokrzepionam tą myślą udaję się na zasłużony odpoczynek (poprzedzony – a jakże! – lekturą tradycyjną). O zakupie audiobooków pomyślę jutro…

Trzymajcie kciuki:)

P.S. aaaa, pisałam że 6 kilogramów w dół zjechałam? to może 6,3 już teraz… A jak jeszcze kilka razy na rower usiądę, to będzie piękniej i szybciej… Tak obiecywała Małgosia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *