Nie słuchałam Małgosi, panikowałam, doła sobie wyhodowałam i jak teraz wyglądam? Jak … zza krzaka… Chudnę. Jak w książce, podręcznikowo i żadna waga nie stoi! Czwartkowy poranek oznajmił mi wagą „schudłaś 6 kilogramów”. Tadam:)

I w dodatku wiem, że to jest porządne 6 kilo – w okolicach szóstki waga kręciła się już od dłuższego czasu, stabilizowała, utwierdzała i jest. Jak wspominałam – na wakacje pojadę chyba mniejsza.

– Ale za to większa wrócisz, jak znam życie – JA marzące o talii osy i długich nogach było wciąż lekko obrażone po kryzysie „wagowym”, o który oczywiście obwiniało mnie personalnie. – Obiadki u mamusi, pizza na trasie, grille u znajomych… Nawet mi się nie chce myśleć…

– Oj tam, oj tam – JA piekące, gotujące i smakujące zacierało wyraźnie ręce na samą myśl i zachichotało złośliwie. – Duża jest, wie co robi…

Niby wie, a głupia jak kilo gwoździ. Małgosia potwierdziła to, tłumacząc mnie jak komu dobremu, dlaczego waga – wg mnie – stanęła.

– Się weź kobito i zdecyduj – mówiła. – Albo ćwiczysz i podkrecasz metabolizm, albo nie. Chudniesz książkowo, a jak chcesz chudnąc szybciej, zacznij robić cokolwiek – szybki marsz, rower, nordic walking… Byle konsekwentnie! A ty coś zaczęłaś, nie skończyłaś i organizm głupieje…

Fakt – konsekwencja to nie jest cecha, która można mnie opisać…

Ania, która mnie masowała na wieść o tym, że odpuściłam sobie treningi tak się przyłożyła do masażu bańką, że czułam jak zastoje limfatyczne z wrzaskiem uciekają. Ja też miałam ochotę z wrzaskiem uciec, ale zagryzłam zęby i cierpiałam godnie i w milczeniu. Zasłużyłam sobie…

Ale dobra…będę jeździć na rowerze – do tego akurat niespecjalnie muszę się mobilizować. Zobaczymy jak to wyjdzie w praniu…

Aaaaa – Małgosia dodała, że wcale nie chodzi o to, żeby się wysiłkiem zabić. Chodzi o to, żeby wysiłek był „kardiologiczny” – niewielki, ale regularny. Tour de France nie zamierzałam i tak wygrać w tym roku, więc chyba dam radę…

Zobaczymy…

P.S.: nadal urzeka mnie moja dieta:) makaron ryżowy po chińsku z warzywami – omniomniomniom… (można…), ryż z pieczonym kurczakiem i marchewką z groszkiem – jami…, ale nagrodę tego tygodnia otrzymuje zupa krem z fasolki szparagowej – o, ja cię! jakie to było doooobre… Drżę cała na myśl, że dobre czasy z dietą kiedyś się skończą i będę musiała sama sobie gotować. Teraz jest PIĘĘĘĘĘĘĘĘKNIE:)

P.S.1: sześc kilo, sześć kilo, sześć kilo, lalalalalalala…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *