40 minut SKALPELA zaliczone! O, ja cię… Żeby mobilizacja była większa namówiłam na ćwiczenia dzieci (zobaczymy, czy dacie dłużej radę niż mamusia…) i pooooooszło…

Kałuża potu w miejscu, w którym ćwiczyłam rosła w miarę upływu czasu. Dziecko starsze w tym czasie z entuzjazmem machało nogami i jedyny problem miało z tym, żeby napiąć brzuch (się nie dziwię – zjawisko „brzuch” w tym wypadku nie występuje po prostu…).
Wprawdzie wyglądałam jak hipopotamica na lekcji baletu, ale ćwiczyłam dzielnie i tylko odrobineczkę sobie folgowałam…
Mobilizowało dziecko młodsze, z entuzjazmem powtarzające „spoko mama, swój rekord już pobiłaś” (przypominam – rekord to 11 minut…).

Mało, że pobiłam – dotrwałam do słów Chodakowskiej „koniec, finito, the end”:) Taaaadam…

– Mam nadzieję, że uda ci się ten rekord pobić choć raz jeszcze – JA marzące o talii osy i długich nogach pozbyło się złośliwości na moment i jakby dopingować mnie chciało.

– Zejdzie z tego świata przy kolejnej próbie, nie namawiaj – JA gotujące, piekące i smakujące uważnie wsłuchiwało się w mój oddech. – Patrz jak dyszy i ledwo na nogach się trzyma.

Co racja to racja… Matko jedyna – skąd się wzięły te wszystkie mięśnie, które teraz mnie bolą??!!! Dałabym głowę, że jeszcze wczoraj ich nie miałam…

Ale o dziwo, czuję się nieźle.

Sama jestem ciekawa, gdzie mnie to wszystko doprowadzi…

P.S. zgrzeszyłam wczoraj – zeżarłam tiramisu… zobaczymy, ile mnie ten grzech będzie kosztował

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *