Łupie w krzyżu, nóżki trzęsą się jak galareta, wstać z kanapy trudno… A samam to sobie zorganizowała, samiuśka.

Bo skoro już się powiedziało A (znaczy się – tracimy na wadze), to warto powiedzieć B (czy jaką tam się chce literkę) i zacząć się ruszać. Postanowić łatwo, ba! – nawet zrealizować nietrudno, ale skutki okazują się być bolesne.

– Bo to trochę tak, jakbyś sfinksowi kazała na polowanie ruszyć – JA marzące o talii osy i długich nogach przeginało w złośliwościach. – Ciesz się, że na OIOM nie trafiłaś z tą swoją kondycją…

– Przesadzasz, zołzo – JA piekące, gotujące i smakujące tradycyjnie ujęło się za mną. – Nawet zadyszki większej nie zanotowała…

– Taaaaa… tyle tylko, że teraz jak John Wayne chodzi, a właściwie lezie… – rozmarzone JA oparskało się ze śmiechu.

– A idźże ty… – kuchenne JA oddało pola.

Fakt faktem – jakoś bardziej czuję, że mam mięśnie. Podejrzewam, że spory udział miało w tym moje czwartkowe szaleństwo, kiedy to – zaintrygowana opowieściami o jej skuteczności i fenomenie – „odpaliłam” SKALPEL Ewy Chodakowskiej.
Luuuuuudzie…
Na pierwszy rzut oka – lajcik i luzik – tu rączką pomachać, tu nóżkę do góry podnieść, tu przysiadzik niewielki. Tere fere! Program zakłada, że ćwiczenia trwać będą 40 minut.
Ja padłam po…


jedenastu! słownie – jedenastu…

Nie żebym się spodziewała jakiegoś spektakularnego wyniku, ale 11 minut? Się zdenerwowałam! O żesz ty, kogucia noga powiedziałam sobie nawet!
Jeszcze do tego wrócę. Może do 13. minuty dociągnę, kto wie…

Tymczasem dobiegł końca II tydzień dietki. Efekt, nie powiem, jest.

Małgosia Madej powiedziała na początku, że dobry będzie spadek wagi na poziomie pół kilograma tygodniowo – mi ubyło 3,2 kilo w ciągu 16 dni. Tadam:)

A takich różności w diecie nie miałam chyba na żadnym olinkluziwie! Kuskus z wędzoną rybą, warzywami i sosem na śniadanie, plus jabłko. Na drugie śniadanie – koktajl z truskawek. Na obiad – zapiekanka ziemniaczano-warzywna z grapefruitem na deser. Chińszczyzna na podwieczorek (jak bum cyk, cyk! – dwa rollsy warzywne z chińskimi przyprawami!). Krem ze szparagów na kolację… I waga w dół. Nieźle, co?

Ale poza tym:
1. nie podjadam NIC A NIC między posiłkami, (co okazuje się – wcale takie trudne nie jest… dziwnym trafem nie mam ochoty po zjedzonym śniadaniu/obiedzie/kolacji na porcję ciasta i filiżankę czarnej jak smoła i słodkiej espresso. A bywało tak często jeszcze dwa tygodnie temu – syty posiłek i natychmiast dzika ochota na coś słodkiego. Ot, taki efekt uboczny diety…)

2. alkoholu do ust nie biorę (mimo nalegań i kuszącego widoku schłodzonego martini u M.),

3. wodę żłopię niczym smok wawelski (tu akurat nic się nie zmieniło, co potwierdzi pół redakcji…).

No i podoba mi się to wszystko coraz bardziej:)

P.S. masażyk bańką tym razem zostawił ślady tu i ówdzie, ale nadal KOCHAM GO w porównaniu z drenażem limfatycznym ręcznym… efektem ubocznym (a może wcale nie ubocznym???) jest skóra gładka jak pupa niemowlaka…ech… dla takich efektów warto pojęczeć:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *