Posiłki od Ani Kotus są takie, że mójeju, mójeju… Ale chyba komuś się w rozdzielniku coś pomyliło, bo dostaję porcje ewidentnie nie dla mnie! Ja absolutnie nie jestem w stanie tego wszystkiego zjeść! Z coraz większymi obawami patrzę na te pudełeczka, pojemniczki, torebeczki…

Dajmy na to takie spaghetti na poniedziałkowy obiad – było super, ale pod koniec posiłku miałam wrażenie, że oto zjadam wieloryba dla niepoznaki przepuszczonego przez maszynkę do robienia pasty. A jeszcze z miniaturowego pudełeczka uśmiechała się do mnie sałatka owocowa…

A co w tym wszystkim najdziwniejsze – ubywa mnie konsekwentnie, acz powolutku. Niebawem kolejny masażyk, mierzenie i ważenie – obaczym efekty. Małgosia mówi, że to 1200 kalorii jest. A jak mówi, tak musi jest…

Tymczasem po raz pierwszy w życiu maszerowałam z kijkami, czyli – uwaga, attention, achtung, wnimanie – uprawiłam (pytanie retoryczne – skoro na razie nie mogę powiedzieć „uprawiałam”, to czy pojedyncze wydarzenie to będzie „uprawiłam”? hmmm…jeśli nie – niech się neologizm ciałem stanie) nordic walking.

Obeszłam dookoła Rusałkę – jakkolwiek by to nie zabrzmiało dla niewtajemniczonych… (na marginesie – skoro ja ją obeszłam, to ona została przeze mnie co zrobiona?) Obeszłam w 55 minut. Nie sama – namówiła mnie A. i chwała jej i dzięki wielkie za to. Na szczęście ma męża, a on kijki teleskopowe, więc po znacznym skróceniu nadały się dla kurdupelka, jakim jestem, w sam raz. I skorzystałam. I się mnie spodobało.

– Taaaa, spodobało – JA gotujące, piekące i smakujące przypomniało o swoim istnieniu. – A komary to pies? Wyglądasz jak purchawka…

– Sama jesteś purchawka! komary przeżyjemy, a co stracisz tu i ówdzie, to twoje – JA marzące o talii osy i długich nogach najwyraźniej było odporne na świąd komarzych ukąszeń.

Faktem jest, że wyjątkowo nie znoszę tych małych latających utrapień. One za to kochają mnie platoniczną miłością wielką. Choćbym w tłumie tysięcznym stała, a nad nami jeden komar latał, daję głowę – to mnie właśnie znajdzie i użre. I cała jego rodzina do piątego pokolenia się zleci zaraz. I nie pomagają płyny, trujące rośliny, aromaty, sraty taty i płomienie świec… Wiosenek mam już tyle, że powinnam się przyzwyczaić, ale jakoś nie wychodzi…

Mam nadzieję jeszcze na co najmniej kilka takich spacerów. Się owinę w moskitierę i jak ta nimfa leśna okutana w muśliny, leźć będę przez ścieżyny nadjeziorne… Tfu, jakie leźć – maszerować. I tracić kolejne gramy…

P.S. swoją drogą – jakże dietetyczna muszę się tym komarom wydawać… i zdrowa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *