Ale mię ssie…. Luuudzie… Jest po północy, ostatni posiłek zniknął z talerza 4,5 godz temu. No i mię ssie…

– Ej, no weź nie świruj i zjedz kanapkę, wrzodów się nabawisz – głos JA gotującego, piekącego i smakującego ociekał słodyczą (tfu, czy tylko kulinarne skojarzenia teraz będę miała?) i brzmiał współczująco. – Z majonezikiem… jedną… malutką…

– Tere fere „malutką” – JA marzące o talii osy i długich nogach nie było wcale śpiące o tej porze i  reagowało trzeźwo. – Już ja widzę tę jedną „malutką” kanapeczkę. Jak zeżresz jedną, to i drugą jakoś usprawiedliwisz. Nawet tak sobie myślę, że i trzecia by jakoś się zmieściła w tej puli.

Durne marzenia ma to JA, ale brzmi rozsądnie. Na razie nie uległam.

Ale mię ssie…

Sobota i niedziela, bez wsparcia w postaci Ani, minęła chyba nieźle. Starałam się jeść co trzy godziny, mając w pamięci to, co jadłam w minionym tygodniu. I zdaje się wyszło – mimo kłody w postaci imprezki w sobotni wieczór.

No bo jakże to – jubileusz słuszny, knajpka słynąca z dobrego jedzenia a ja nic do ust??? Nie godzi się!

Wycyrklowałam więc porę odpowiednią i spożyłam malutką grecką i pół carpaccio z wołowiny (się mi zebrało na wspominki o tej porze, idiotce – ssanie w żołądku dostało wsparcie w postaci wizualizacji wczorajszej kolacji i zaraz w efekcie zjem klawiaturę…). I ani grama alkoholu!

Na dodatek w niedzielne popołudnie dorwałam się do „placu zabaw dla seniorów” i wypróbowałam każdy z zainstalowanych przyrządów. Troszkę się wprawdzie dzieci dziwiły, że matka jęczy i stęka, gdy tymczasem one brykają bez widocznego wysiłku na wioślarzach i innych urządzeniach, ale co poćwiczyłam, to moje. Fajny wynalazek, te siłownie pod chmurką…

A jaki jest bilans weekendu, zobaczymy w poniedziałek rano…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *