W pierwszy dzień diety ręka mi zadrżała już o świcie. Nad kubkiem zadrżała. Czy kawa może być z mlekiem???? Zadzwonię później i się dowiem…. Teraz czekam na śniadanie. Bo ma przyjechać.

I przyjechało…


No nieeee, proszę ja wielmożnego państwa – cała torba żarcia tylko dla mnie! Zaczynamy od… zorientowania się co i jak. Ok – cyferki na pojemniczkach wskazują kiedy i z czym to się je. Chyba się nie pogubię.

Pudełeczko nr 1 – taaddam – na oko cały mały kubek jogurtu naturalnego, garść razowych muesli i maliny artystycznie rozsypane po całości. Ja tam obrzydliwa nie jestem – jogurt też zjem.

dietka2

Drugie śniadanie – podwójna kanapka razowego chleba z zielskiem i twarogiem. I jabłuszko. Ślicznie.

Na obiad pierś z kurczaka (doooobra – pół piersi…), dziki ryz i kalafior posypany koprem. I kiwi. Znakomicie.

Podwieczorek – sałatka z miliona warzyw plus kromka wasy. Ładna w obrazku.

A na kolację – krem z pomidorów z razowym chlebkiem. Nieźle:)

Z głodu raczej nie umrę. Ale dużawo jakoś tego wszystkiego… Może pomylili odbiorcę?

– Małgosia, ja tak dużo nie jem – byłam dumna z tego zdania. Oznaczało ono przecież, że jem malutko, jak wróbelek wręcz. A tu nagle taka zmiana żywieniowa. Jak nic utyję i się skompromituję.

– Jesz znacznie, znacznie więcej – na Małgosi (wspominałam już, że jest bezlitosna?) moje oświadczenie nie zrobiło większego wrażenia. – To co dostałaś, to jest 1200 kalorii. Powinnaś szybko zacząć gubić kilogramy, tym bardziej, że się zdrenowałaś.

Że się co zrobiłam?  Aaaaa, masażyk… Już ja sobie o tym masażyku poczytałam (dr google jest niezastąpiony). „Bezbolesna metoda fizjoterapeutyczna usprawniająca krążenie limfy w organizmie”. Może i bezbolesna, ale mi po nocach się śnią te łaskotki… „Zabieg ma także właściwości oczyszczające – usprawniając cyrkulację krwi, przyśpiesza wydalanie toksyn”. Ok, niech się wydalają.
Jeśli efekt końcowy ma być taki, jaki wyczytałam – ta ja zagryzę zęby w paszczy i to zniosę. Dzielna będę.

A tymczasem zabrałam się za gotowanie dla rodziny. Ja mam wszystko pod nos podane, to i im się coś od życia należy.

Mielonych narobię, zamrożę i – jak w anegdocie opowiadanej przez Agnieszkę Osiecką – nie będę myśleć, co na obiad. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Plus ziemniaczki z koperkiem, mizeria z gruntowych ogórków (z tych, co do słoika nie wlazły, bo akurat mnie naszło na kiszenie małosolnych…).

Mój ty smutku – jak ja patrzyłam na te kotleciki… Jak one się do mnie z patelni śmiały… Takie malutkie mi wyszły, zgrabniutkie…

– Toż utyć od jednego nie utyję – szeptało moje JA gotujące, piekące i smakujące

– Weź, idź do lustra i się obejrzyj – JA marzące o talii osy i długich nogach było tego dnia  wyjątkowo wredne.

A że ja się boję wrednych JA, więc nie pożarłam kotlecików śmiejących się do mnie z patelni i wytrwałam….

…prawie…

… bo po pracy zeżarłam połóweczkę jednego, malutkiego, porzuconego przez dziecko, samotnego kotlecika. I tic-taca życzliwie mi przez kolegę w redakcji podetkniętego pod nos też zeżarłam. Konkretnie dwa.

I będę się smażyć w piekle za to, a brzuch mi zwiśnie do ziemi.

Tak skończył się dzień pierwszy diety i nadeszły kolejne.

Ale to już zupełnie inna opowieść…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *