No i zaczęło się…

Tu się wszystko zaczęło...

Tu się wszystko zaczęło…

Pierwsza wizyta u Małgosi w gabinecie. O, pardonsik – u Margaret Madey:) Onieśmieloną będąc, stanęłam w jej progach i … poczułam, że już nie ma odwrotu. Małgosia nie zna litości.

– Rozbierz się moja miła i wejdź na wagę – niby zwykłe zdanie po polsku, a brzmiało ponuro. Tym bardziej, że ujawniło straszną prawdę. Prawda brzmiała 82 i nie chciała zniknąć.

No luuuudzie!!! jakim cudem? skąd? Przecież jem 5 razy dziennie. No, może 6… 7? Hmmm… Czy dojedzenie resztek po dzieciach (się pierożki mają zmarnować???) liczymy? A wypieczona skórka pizzy (dzieci nie lubią…)? Ej, ale jabłko przed snem (rzadko, bo rzadko, ale dla zdrowotności) to na pewno krzywdy nie zrobiło…

Małgosia kiwała głową i liczyła, liczyła, liczyła… Wyszło, że pożeram jakieś kosmiczne (ooooo, na pewno nie!) ilości zupełnie niepotrzebnych mi rzeczy.

– Aktywność fizyczna? – Małgosia patrzyła niewinnie, a ja czułam, że pod tą niewinnością coś się czai…

– Jest trująca – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.

Oj tam… O, z dziećmi na rower wyszłam (tak, wyszłam – one miały rower, a ja miałam ich pilnować…). Liczy się? Na tramwaj chodzę (czasami…) piechotą… Liczy się? Odkurzam intensywnie… No musi się liczyć!  Aaaaa, na spływie byłam kajakowym. Ręce do tej pory mi mdleją… Licz…

Mina Małgosi mówiła, że się nie liczy… Wiedziałam, że ta jej niewinność w oczach to podstęp.

– To co, gotowa psychicznie na odchudzanie? – pytanie zawisło między nami i czekało…

Gotowa? Średnio… Chleb ostatnio piekę, i ciasta że palce lizać, przepisy z kwestii smaku na pamięć znam, gości przyjmować lubię a gotowanie dla nich to rozkosz w czystej postaci. Wspomniałam, że jeść też lubię? Baaaardzo… Pyszne jedzenie, jedzonko, jedzeniątko…

– Nieeeee, niegotowa – wrzeszczało w myślach moje JA gotujące, piekące i smakujące.

– Phi… też mi problem – bezczelność JA marzącego o talii osy i długich nogach było obezwładniające.

– Tylko nie wiem, czy dam radę… Te garsteczki ryżu, dwa ziarenka kukurydzy, plastereczki twarogu. Boję się, że nie udźwignę tego brzemienia i się złamię – wiłam się jak piskorz licząc na litość (na moment zapomniałam, że z bezlitosną Małgosią mam do czynienia).

– Ooooo, nie martw się – błąkający się w kącikach ust Małgosi uśmiech nie zwiastował nic dobrego. – Ania ci pięknie wszystko przygotuje i gotowe pod nos podstawi.

– ??????????????????????? – tak właśnie w tym momencie wyglądałam – jak jeden wielki, długi i – nie ukrywajmy tego – tłusty znak zapytania. – ????????????? – kontynuowałam konsekwentnie…

– Ania Kotus – ciągnęła niezrażona Małgosia. – Ja przygotuję dietę, a ona ci ją ugotuje i przywiezie. Pod nos. Powtarzam – gotowa na odchudzanie?

No i weź człowieku i się wykręć. Się nie da się.

– Gotowa – nie zdawałam sobie sprawy z tego, że szept potrafi być tak głośny. – Gotowa…

– No to rozbieraj się…

– Że chę???? – osłupiałam. Małgosia chce w całej okazałości zobaczyć to, co skrzętnie przed światem skrywam, czy o co chodzi?

– Na masażyk proszę.

Aaaa, masażyk. Masażyk to ja z przyjemnością wielką. Masażyk poproszę. Najwyraźniej otyłość mi się rzuciła na umysł, bo na chwilę zapomniałam gdzie jestem i po co przyszłam… Posłusznie więc zdjęłam co miałam zdjąć, uśmiechnęłam się od ucha do ucha, położyłam na łóżku do masażu a w drzwiach stanęła eteryczna blondyneczka.
$!##$^… … $@#!#@… $*&&^$&^Q#% –  mniej więcej tak brzmiały moje słowa po pierwszym dotknięciu.
Drenaż limfatyczny ręczny był owym masażykiem, na który tak się cieszyłam….

Ja nie wiedziałam, że ja mam aż TAKIE łaskotki!!! Pani Asia zaś miała ewidentnie miliony rąk, które z precyzją mikroskopu elektronowego trafiały w każdą grudeczkę tłuszczu jaką miałam na sobie. Trafiały i robiły z nimi coś (następnym razem zapytam co, teraz skupiałam się na skomplikowanej czynności „wdech-wydech”)… Uda, łydki, ramiona, brzuch, boczki…

Po godzinie spadłam z łóżka do masażu, naciągnęłam uśmiech na twarz, podziękowałam eterycznej blondynce obdarzonej siłą Pudziana i powlokłam się do pracy…

Teraz czułam to każdą cząsteczką ciała – zaczęło się…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *