Miesięczne archiwum: Luty 2016

Nie spodziewałem się, że mecz Lecha z Jagiellonią tak bardzo mnie zasmuci. I bynajmniej nie o formę sportową drużyny tu idzie, ale o oprawę jaką przygotowali ultrasi Kolejorza. Otóż okazuje się, że uczczenie pamięci Żołnierzy Wyklętych i wspomnienie starszego sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” pokaże jak bardzo nie chcemy ze sobą rozmawiać. Nie mylicie się – nie chcemy, a nie „nie potrafimy”.

Przypomnijmy – Mieczysław Dziemieszkiewicz, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, jeden z wielu Żołnierzy Wyklętych, który walczył na terenie Mazowsza jeszcze długo po zakończeniu II Wojny Światowej. Zginął w kwietniu 1951 r., wydany przez ubecką agenturę[1]. Na oprawie umieszczono zdjęcie „Roja”, które znaleźć możemy na oficjalnych stronach Instytutu Pamięci Narodowej wraz z hasłem „Śmierć Wrogom Ojczyzny”, co jest odwołaniem do emblematów, jakie nosili ci, którzy chodzili tropem wilczym. Tyle co do faktów.

Jak zawsze zdjęcie oprawy umieściłem na facebook’u. Jakież było moje zdumienie, kiedy zaczęły się pojawiać komentarze insynuujące, że kibice nawołują do mordów, że w obecnej sytuacji takie hasło jest niebezpieczne, że wywołuje złe skojarzenia i może zostać odebrane jako przyzwolenie dla przemocy i nie daj Boże zbrodni! Oniemiałem… Potem było tylko gorzej.

Z kolei dzisiaj rano przeglądając prasę natrafiłem na informację, iż prezydent Jacek Jaśkowiak zrezygnował z udziału w uroczystościach upamiętniających Dni Żołnierzy Wyklętych. Oniemiałem ponownie…

I zupełnie nie jest istotne, że co i rusz otaczająca mnie rzeczywistość odbiera mi mowę. Można się do tego przyzwyczaić. Problem w tym, że o ile jeszcze do niedawna tkwiłem w przekonaniu, że nie umiemy ze sobą rozmawiać, o tyle teraz mam przekonanie, że wcale nie chcemy. Że tak jest nam łatwiej. Wolimy ustawić się na bezpiecznych i wygodnych dla siebie pozycjach i nawalać w przeciwnika ile wlezie. Już nie tkwimy po dwóch stronach barykady. Sami wyekspediowaliśmy się na inne planety i jest nam z tym cholernie dobrze.

Bo tu nie idzie o to, co powiedział Jacek Jaśkowiak tłumacząc swoja nieobecność 1 marca, mówiąc, że „nie będzie się wdawał polemikę kto jest patriotą, a kto nie”, że „nie postrzega patriotyzmu poprzez ilość złożonych wiązanek”. Nie, nie, nie! Absolutnie nie! Sprawa jest o wiele głębsza i ważniejsza. I nie dotyczy wyłącznie osoby prezydenta Jaśkowiaka. Tu o nas wszystkich się rozchodzi!

Kiedy Jacek Jaśkowiak szedł w Marszu Równości nie wzbudziło to mojego zaskoczenia, ani oburzenia. Znając prywatnie naszego prezydenta wiedziałem jakie ma poglądy i wiedziałem, że taki gest jest dla niego ważny. I ma do tego prawo. Kiedy Jacek Jaśkowiak pojawia się na manifestacjach Komitetu Obrony Demokracji wiem, że robi to z pełnym przekonaniem, choć czasami ponosi go emocja chwili. I choć różne są opinie, ja i tutaj uważam, że ma do tego prawo. I bierze za to odpowiedzialność. Bo jest odpowiedzialny.

I właśnie o odpowiedzialność tu idzie, i o odpowiedzialność apeluję! Nie za redefinicję słowa „patriotyzm”. Nie za stworzenie kolejnej mody na naszywki „Ś. W. O”. Dzisiaj, tu i teraz – sprawa idzie o rząd dusz. Dusz młodych ludzi, dla których radykalizm postaw jest atrakcyjny. Którzy wyrzuceni na margines życia publicznego szukają dla siebie miejsca. Szukają i znajdują – jedni w kościele, inni pod blokiem, a jeszcze inni na stadionie. I nie powinno nam być wszystko jedno. Skoro tak wiele słyszymy o tym, że stadion, to miejsce, które wyraża poglądy skrajne i jest źródłem oraz zarzewiem radykalizmów i jeśli jeszcze w to wierzymy, to logika nakazuje coś z tym zrobić. I właśnie obchody Dni Żołnierzy Wyklętych są miejscem idealnym do tego, aby miast dzielić, zacząć łączyć. Zamiast wykluczać, okażmy szacunek. Jeśli bowiem powiemy tym młodym, kształtującym się umysłom, że nie będziemy składać jakichś tam wiązanek, to miejmy świadomość, iż godzimy w dobro, które jest dla nich ważne. Zamiast olewać, spróbujmy ich wesprzeć. Pokazać, że są dla nas ważni. Że szanujemy ich poglądy, choć nie zawsze akceptujemy ich postawy. Bo oni też są lub za chwilę będą wykluczeni. Nie dlatego, że w istocie tak jest, ale oni sami w to uwierzą jeśli nie poczują, iż są godni szacunku.

Nie można głosić idei Poznania jako miasta otwartego, jeśli samemu jest się zamkniętym na całkiem sporą, a może rosnącą grupę jego mieszkańców. Trudno budować miasto otwarte na zewnątrz jeśli zamykamy się tych, którzy gdzie indziej pokładają swoją wrażliwość.

Jeśli chcemy Poznania otwartego, musimy szanować wszystkich. Inaczej zbudujemy Poznań jako miasto pół-zamknięte.

[1] Notka biograficzna za portalem IPN „Wilcze tropy”

Wiele osób zadaje mi często to samo pytanie – po co ci to kibicowanie, to tylko ci szkodzi, daj sobie spokój, mało masz przez to problemów? Nie ukrywam, że podobne pytanie zadaje mi też cała moja rodzina. A w każdym razie ta jej część, która kibicowanie zna tylko dlatego, że to ja mam hopla na tym punkcie. I jakoś musi z tym żyć. I za każdym razem puka się w czoło. Od lat to samo…

Czas może spróbować to wytłumaczyć. Na początek mam jedną prośbę. Odrzuć wszystkie swoje wyobrażenia, zapomnij na chwilę to, o czym czytasz w gazetach. Postaraj się wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia. Bez uprzedzeń, bez zbędnych założeń i kalek myślowych. To nie będzie łatwe, ale jeśli ci się uda – może zrozumiesz. Może.

Przypomnij sobie najbardziej mistyczne doświadczenie w swoim życiu. Tak właśnie. Mistyczne – pełne uniesień, radości, pełne wzruszenia i poczucia, że świat leży u twych stóp. Że możesz wszystko, nic cię nie zatrzyma, że jesteś całym światem, jego początkiem i końcem. Znasz takie uczucie? To teraz zamknij oczy (umownie, bo inaczej nie doczytasz do końca).

Wyobraź sobie, że to do ciebie wraca. Właśnie teraz. Jesteś w samym środku wydarzeń, świat dookoła ciebie wiruje, czujesz, że jak za chwilę nie zaczniesz wrzeszczeć, nie zaczniesz biegać, skakać to eksplodujesz. Pomyśl, że czujesz jedność ze światem, że ty jesteś światem, że nie ma w tej chwili niczego i nikogo, kto mógłby to zniszczyć, czy nawet zatrzymać. Czujesz, że jesteś bogiem.

Czy znasz to uczucie, kiedy znikają wszelkie dzielące nas różnice? Czy doświadczyłeś kiedyś wspólnoty tysięcy ludzi, którzy w tym samym momencie czują to co ty? Że bez słów i bez gestów wszyscy wiedzą co teraz trzeba zrobić? Że nie potrzebujesz przewodnika, że porywa cię nurt wydarzeń, a przy tym adrenalina niemal wyrywa ci serce tak, że nie znajdujesz już żadnej znanej ci formy ekspresji? To co się teraz z tobą dzieje jest poza granicami słów, jakiejkolwiek możliwości racjonalnego wytłumaczenia tego zdarzenia. Czujesz, że żyjesz. Ba! Czujesz, że teraz świat mógłby się skończyć. Nic cię nie zatrzyma.

Nie śmiej się. Nie drwij. Dotykasz właśnie bardzo intymnej części nie tylko moich uczuć, ale całej zbiorowości. Tysięcy współbraci, którzy w tym samym momencie czują dokładnie to co ja. Robią dokładnie to co ja. Nie ma różnic. Nie ma podziałów. Jesteśmy tylko my. Jesteśmy Lech Poznań!

Jeśli jesteś w stanie przywołać w sobie podobne uczucie. Jeśli doświadczyłeś w życiu choć na ułamek sekundy tego wszystkiego, otwórz już oczy. Uspokój się. Czujesz pewnie jeszcze drżenie, być może właśnie przywołałeś w sobie szczególny obraz najpiękniejszych chwil w życiu. I wiesz, że nie jesteś w tym sam. Wiesz, że niczego nie musisz ukrywać, nie musisz być sztuczny, niczego udawać. Bo jesteś wśród swoich. Ludzi, których może nawet nie znasz, wielu widzisz po raz pierwszy. Ale nie ma ja i wy. Jesteśmy tylko MY.

Jeśli Drogi Czytelniku potrafisz sobie wyobrazić podobną scenę, być może zrozumiesz, dlaczego nie ustanę dopóki ktoś próbuje zdyskredytować moją wspólnotę. Docenisz determinację, z którą będę bronił tych, którzy po meczu chodzą ścieżkami, na które sam nigdy bym nie wszedł. Tak jest. Nie wiem ilu ich jest, ale są. I wiem, że kiedy wrócę na Bułgarską, kiedy znów stanę na kibolskim szlaku – oni będą ze mną. Nie w pracy, nie w życiu rodzinnym. Dla zdecydowanej większości z nich nie ma miejsca w moim nie – kibolskim życiu. Jedynie kojarzymy nasze twarze. Mówimy sobie „cześć!”. Ale dokładnie wiemy, że jeszcze będzie ten moment, kiedy na nowo utworzymy jeden organizm uczuć, uniesień, wściekłości, rozżalenia. Bo one wszystkie się mieszają. Raz tak, raz inaczej, ale zawsze czujemy to samo.

I kiedy ktoś zadaje mi to samo pytanie. Kiedy znów czuję się przymuszony przez ludzi, przez okoliczności, przez dziennikarzy, żeby znów tłumaczyć się ze swojego życia, nachodzi mnie zawsze to samo uczucie.

Bo kiedy zechcesz mi zadać pytanie „dlaczego to wszystko?”. Spodziewaj się jednej odpowiedzi. W imię zasad!

Przyczynkiem do powstania niniejszego tekstu była ogólnopolska dyskusja nad rządowym programem „500plus”, w której wypowiadali się wszyscy, bardzo chętnie, mniej lub bardziej krytycznie i merytorycznie. Pozostawiając na boku wszelkie spory polityczne wokół tego zagadnienia warto pokusić się o nieco głębszą analizę, choć z zupełnie innego punktu widzenia.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że wysupłanie z budżetu państwa kwoty 24 mld zł rocznie na jeden, dedykowany program graniczy z cudem. Swego czasu red. Michał Danielewski z Gazety Wyborczej zwrócił się do mnie z prośbą o dokonanie pewnych wyliczeń. Zadanie było proste – ile mieszkań udałoby się wybudować, gdybyśmy dysponowali kwotą 100 mld zł. Wówczas wydawało mi się, że obracamy się w wyimaginowanym, nierealnym świecie czysto teoretycznych założeń. Okazało się, że nie do końca tak jest. Jak się miało wkrótce okazać udało się rządowi znaleźć takie pieniądze. Bo jak na sprawę nie spojrzeć, program „500plus” realizowany choćby w jednej – czteroletniej kadencji, daje kwotę bardzo zbliżoną.

Jako, że przez jakiś czas zawodowo zajmowałem się wyłącznie zagadnieniami związanymi z szeroko rozumianą polityką mieszkaniową, wykorzystałem posiadane doświadczenie i wiedzę. Przeprowadziłem bardzo uproszczone wyliczenia i spróbowałem przełożyć owe miliardy na każde (lub nie, zostawmy to) dziecko, na możliwości realizacji ogólnopolskiego programu mieszkaniowego.

Rezultaty okazały się szokujące. Przyjmując bardzo uproszczone założenia, w szczególności co do ceny budowy metra kwadratowego mieszkania, okazało się, że za te same pieniądze można wybudować ponad 700 tys. mieszkań! Jak to się stało? Spójrzmy.

Przyjmując, iż koszt budowy metra kwadratowego lokalu komunalnego waha się w okolicy 2 tys. zł, mieszkania w opcji najmu z dojściem do pełnej własności, to kwota 3 tys. zł, a lokale w ramach programu tbs-owskiego, to ok. 3,5 tys. zł, dochodzimy do bardzo prostego wniosku. Gdyby przeznaczyć podobne środki na zrealizowanie projektu mieszkaniowego, w którym koszty pokrywa w całości budżet państwa i gdyby przeznaczyć te środki po równo na każdy rodzaj ww. budownictwa, jak nic otrzymujemy tą, przyznaję, szokującą liczbę ponad 700 tys. mieszkań w cztery lata. Przyjąłem dla równego rachunku, że każde mieszkanie ma 50 metrów kwadratowych. Oczywiście w tej analizie nie są brane pod uwagę koszty pozyskania gruntu, bowiem w założeniu przyjąłem, iż realizacją tego programu miałyby się zając samorządy, które byłyby gotowe przeznaczyć nieruchomości pod zabudowę z własnego zasobu.

Na pierwszy rzut oka wizja wydaje się fantastyczna, prawda? Jednak jeśli chcemy poważnie rozmawiać, należy wziąć pod uwagę kilka zasadniczych kwestii. Przede wszystkim, jaki skutek dla rynku usług budowlanych miałoby pojawienie się zapotrzebowania na tak olbrzymią ilość mieszkań w dość krótkim czasie. Po drugie, czy taka liczba mieszkań jest rzeczywiście potrzebna. Po trzecie, czy samorządy byłyby w stanie udźwignąć tak intensywny program. Po czwarte, czy i na ile pojawienie się takiej liczby mieszkań wpłynęłoby na rynek deweloperski, czy rynek komercyjnego najmu lokali. Pytań zresztą jest pewnie więcej. Odpowiedź na drugie, trzecie i czwarte pytanie wymagałaby przeprowadzenia bardzo szerokich badań, zatem pozostawię je bez dalszych rozważań.

Jednak odpowiedź na pierwsze pytanie jest w miarę prosta. W tym celu warto przyjrzeć się ogólnodostępnym danym dotyczącym rynku mieszkaniowego w Polsce w ujęciu historycznym.

Analizując dane dotyczące ilości mieszkań oddawanych do użytku można zauważyć, że na początku lat 90. budowano ich jeszcze całkiem sporo. I tak w roku 1991 oddano do użytku 136 790 mieszkań, zaś w roku 1992 – 132 969. Dwie trzecie z nich budowały spółdzielnie mieszkaniowe, co ciekawe w tym samym czasie nie powstały żadne mieszkania na sprzedaż lub wynajem. W kolejnych latach ogólna liczba mieszkań dość drastycznie spada, aby pod koniec lat 90. ustabilizować się na poziomie ok. 80 tys. mieszkań rocznie. Chwilowy skok odnotowujemy w roku 2003 do poziomu ponad 160 tys. mieszkań (przy czym prawie 120 tys. mieszkań GUS podaje jako zrealizowane „indywidualnie”), aby w kolejnych latach, tj. do roku 2004 liczba mieszkań oddawanych do użytku ustabilizowała się na poziomie nieco ponad 100 tys.

Znaczący i skokowy wzrost obserwujemy pomiędzy 2004 a 2008 rokiem, kiedy to nowych mieszkań na rynku pojawia się o ponad połowę więcej. Z poziomu 108 117 w 2004 r. do rekordowego 2009 r. z liczbą 165 189 nowych lokali. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż, co wydaje się oczywiste, niemalże zanika budownictwo spółdzielcze, natomiast stabilizuje się udział rynku indywidualnego w stosunku do mieszkań na wynajem i sprzedaż, gdzie udział budownictwa indywidualnego, to ok. 60% ogólnej liczby mieszkań, zaś mieszkania na sprzedaż i wynajem, to ok. 30%. Tendencja ta utrzymuje się z niewielkimi zmianami do dziś. Należy również wskazać, co GUS rozumie przez rozróżnienie obu pojęć. Mianowicie poprzez budownictwo indywidualne rozumie się inwestycje „realizowane przez osoby fizyczne (prowadzące i nie prowadzące działalność gospodarczą), fundacje, kościoły i związki wyznaniowe z przeznaczeniem na użytek własny inwestora lub na sprzedaż lub wynajem”[1], natomiast budownictwo na sprzedaż lub wynajem, to przedsięwzięcia „realizowane w celu osiągnięcia zysku przez różnych inwestorów (np. firmy deweloperskie, gminy, spółdzielnie), bez budownictwa osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, zaliczonego do budownictwa indywidualnego. Do tej formy budownictwa zalicza się również budownictwo towarzystw budownictwa społecznego, realizowane w celu osiągnięcia zysku (z wynajmu lokali użytkowych lub z komercyjnej sprzedaży mieszkań) ― z przeznaczeniem w całości na budowę domów czynszowych.”[2]. Wydaje się, że takie rozróżnienie jest dość nieprecyzyjne, choćby z faktu, iż w pojęciu „budownictwo indywidualne” również ujmuje się takie inwestycje, które ostatecznie nie są przeznaczone na użytek własny inwestora, ale są przeznaczone na sprzedaż. Zostawiając na chwilę dane Głównego Urzędu Statystycznego, przyjrzyjmy się jaki skutek spowodowała znaczna liczba nowobudowanych mieszkań na ich cenę.

Przygotowując ten materiał natknąłem się na bardzo różne, ale i rozbieżne dane dotyczące cen mieszkań na rynku pierwotnym. Za najbardziej miarodajne przyjąłem opublikowane przez Narodowy Bank Polski ceny transakcyjne.

Jak wynika z przedstawionych powyżej danych GUS, największy wzrost ilości oddawanych mieszkań datujemy na lata 2004 – 2009. Natomiast istotne z punktu widzenia tworzenia założeń do powszechnego programu mieszkaniowego wydają się być ceny transakcyjne na rynku pierwotnym. Otóż jak wynika z danych NBP (dane te są gromadzone i przetwarzane w ramach własnych baz danych przez bank centralny od połowy 2006 r.), największy skok cenowy odnotowujemy pomiędzy trzecim kwartałem 2006 r., a czwartym kwartałem 2007 r. W tym czasie średnia cena metra kwadratowego na rynku pierwotnym wzrosła z 3 591 zł, do 8 064 zł. W kolejnych latach cena ustabilizowała się na poziomie ok. 6,5 tys. zł za metr kwadratowy i stan ten obserwujemy do dzisiaj. Mając na względzie, iż rynki lokalne (w tym Poznań) charakteryzują się dość dużą zmiennością cen podaję ceny średnie, zgodnie z analizą NBP.

Mając świadomość, iż istnieje wiele czynników mających wpływ na poziom cen mieszkań w analizowanym okresie, w literaturze jako jeden z nich podaje się wzrost kosztów produkcji budowlano – montażowej.  Jak wynika z danych NBP wysoki popyt na usługi budowlane związany z dynamicznym rozwojem rynku deweloperskiego spowodował znaczny wzrost kosztów budowy mieszkań. Przypomnijmy, w tym czasie, tj. pomiędzy rokiem 2006, a 2008 – nastąpił wzrost o ok. 65% ogólnej liczby oddawanych mieszkań.  W tym czasie zanotowano podobny wzrost kosztów budowy metra kwadratowego lokalu – z 1,7 tys. zł za metr kwadratowy, do ponad 2,5 tys. zł. Osobną kwestią pozostaje oczywiście rentowność sektora deweloperskiego, niemniej jest to w analizowanym przypadku mniej istotne zagadnienie.

Wracając do liczb przedstawionych na początku, trzeba mieć świadomość, iż uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego w przedstawionej skali, a więc w liczbie ok.. 80 tys. mieszkań rocznie, mając na uwadze, iż ogólna liczba oddawanych do użytku lokali oscyluje obecnie wokół 150 tys. mieszkań w całej Polsce, musiałaby doprowadzić do załamania rynku usług budowlanych i znacznego wzrostu cen. Wynika to choćby z nagłego i skokowego zapotrzebowania zarówno na pracowników tego sektora, jak i na materiały budowlane. Zatem nie wydaje się wskazane, aby bez uprzedniej analizy i dokładnego zbadania możliwości tego rynku, wprowadzać tak radykalne rozwiązania.

Co z tego wynika? Otóż, gdyby przyjąć, iż na program budownictwa mieszkaniowego przeznaczyć na początek 10% z kwoty, którą rząd zamierza przeznaczyć na program „500plus”, rocznie na rynku pojawiłoby się ok. 18 000 mieszkań finansowanych z budżetu państwa w przedstawionym na początku systemie. To już z kolei wydaje się być wielkością do zaakceptowania przez rynek.

A gdyby miały z tych 10% powstać wyłącznie lokale komunalne? Powstałoby ich 24 tys. rocznie, przy pełnym finansowaniu z budżetu. Powtórzmy to jeszcze raz – 10% z programu „500plus” może dać 24 tys. lokali komunalnych rocznie.

[1] „Budownictwo mieszkaniowe I-III kwartał 2015”, str. 5, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2015 r.

[2] Tamże, str. 5

[3] „Raport o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych w Polsce w latach 2002 – 2009”, str. 18, Narodowy Bank Polski, Warszawa 2010 r.