Cokolwiek by nie powiedzieć o prezydenturze Jacka Jaśkowiaka, trzeba przyznać, że dzieje się sporo. Czas płynie szybko, więc i prezydent Jaśkowiak już teraz szykuje grunt pod wybory samorządowe za dwa i pół roku. Przesada? Bynajmniej. Wydaje się, że w posunięciach prezydenta panuje chaos, ale moim zdaniem, to bardzo precyzyjnie zaplanowane działania wizerunkowe.

Jacek Jaśkowiak wyraźnie akcentuje wszelkie kwestie ideologiczne, począwszy od uczestnictwa w Marszu Równości, na sporze z kibicami skończywszy. Wszystkie te głośnie spory i kontrowersje, które na pierwszy rzut oka nie mają wspólnego mianownika, mają na celu zintegrowanie elektoratu centrowego i lewicowego. Elektoratu, który zorientowany jest na liberalizm światopoglądowy, mniejszości, dla którego symboliczna walka z ksenofobią i rasizmem leży w centrum uwagi wszelkiej działalności politycznej.

Prezydent Jaśkowiak naobiecywał całe mnóstwo rzeczy w kampanii wyborczej. Już dzisiaj jest jasne, że części nie da się zrealizować. Ba, większości z nich nie było szansy w ogóle wprowadzić w życie. Bo każdy, kto choć odrobinę znał się na temacie mówił otwarcie – w cztery lata nie da się zbudować tramwaju na Naramowice, nie da się wybudować 4 tys. mieszkań, itp. To było jasne od początku. I choćby na miejscu Jacka Jaśkowiaka był najlepszy spec od zarządzania w samorządzie, nie dałby rady. To się nie mogło udać. Niemniej jeszcze żadnemu politykowi nie zaszkodziły niezrealizowane obietnice wyborcze, ale każdego potrafią ze sceny politycznej zmieść zawiedzione nadzieje wyborców.

Co z tego wynika? Otóż wydaje się, że dla Jacka Jaśkowiaka nie ma konkurencji na lewo od centrum. Taką konkurencją nie jest też Tomasz Lewandowski. Mimo, iż ten ostatni konsekwentnie deklaruje start w wyborach prezydenckich, to ostatecznie taki ruch nie ma sensu. Z kilku powodów. Po pierwsze – radnego Lewandowskiego nie ma już w SLD. Już w jego ostatniej, przyznajmy to, imponującej kampanii wyborczej odchodził od jednoznacznego skojarzenia ze skompromitowanym szyldem. Ale wówczas to on nie miał na lewicy konkurencji. Obecnie coraz brutalniej na jego podwórko wdziera się obecny sojusznik w osobie prezydenta Poznania. Powstanie zatem pytanie – kto zagospodaruje ten elektorat. Jest dość prawdopodobne, że radny Lewandowski jest w stanie powtórzyć dobry wynik w wyborach prezydenckich. Ale jednocześnie osłabi w ten sposób pozycję Jaśkowiaka, ale co ważniejsze – wątpliwe jest, czy będzie w stanie wprowadzić do Rady Miasta silną reprezentację. A to będzie miało kluczowe znaczenie w układzie w nowej kadencji. Słaby klub może wyrzucić na aut Tomasza Lewandowskiego. Będzie musiał się zatem zastanowić, co jest ważniejsze – zbudowanie silnej listy z Jackiem Jaśkowiakiem, ruchami miejskimi i całą masą mniejszych organizacji, a także z tzw. społecznikami, czy pójście własną, ryzykowną drogą. Lewandowski będzie musiał postawić sobie jeszcze jedno ważne pytanie – czy start w wyborach prezydenckich i tym samym wejście w spór z urzędującym prezydentem mu się opłaci. Jak na sprawę nie spojrzeć, pozycja Lewandowskiego jest dzisiaj mocna. Władza spora, odpowiedzialność żadna. Po drugie – widzę bardzo dużą szansę na powstanie takiej wspólnej listy. Z powodów ideologicznych, ale także taktycznych. Premia za zjednoczenie występuje zawsze.

Bo jasne i oczywiste jest, że drogi Jaśkowiaka i PO się rozchodzą. Na razie czytamy tu i ówdzie, że PO nie wystawi Jaśkowiaka w następnych wyborach. Błąd! To Jaśkowiak nie będzie chciał być kandydatem PO. I ma rację. Platforma jest toczona wewnętrznym kryzysem i raczej nie widać jego końca. Sondaże nie dają już takiej przewagi jak jeszcze niedawno. Po piętach depcze Nowoczesna. Obiecująca zmiana we władzach PO w Poznaniu i objęcie sterów przez duet Bartosz Zawieja – Mariusz Wiśniewski nie była oczekiwaną zmianą pokoleniowej warty. To dobry kierunek, ale jest to raczej wypadkowa kłopotów Filipa Kaczmarka, a nie świadoma zmiana polityki tej partii. Na chwilę obecną trudno powiedzieć na ile pojawienie się Nowoczesnej zagraża poznańskiej PO, ale z całą pewnością do podziału wyborców dojdzie. Pytaniem, na które nie znamy odpowiedzi jest jedynie skala tego zjawiska. Obecnie politycy PO zachowują się fair wobec swojego prezydenta. Otwarcie nie krytykują Jaśkowiaka, choć czasami dają do zrozumienia, że nie wszystko jest w porządku. Polityka jednak jest grą brutalną. Im szybciej Platforma dostrzeże zagrożenie osierocenia przez prezydenta, tym szybciej będzie mogła wypromować swojego kandydata i jasno zaakcentować swoje niezadowolenie z obecnej polityki Jacka Jaśkowiaka. Jeśli tego nie zrobi i do samego końca będzie trwała w obecnym układzie, tym boleśniej odczuje syndrom opuszczenia przez swojego lidera. Inną sprawą jest fakt, iż PO potrzebować będzie sporo czasu na wyjście z tego klinczu z twarzą. Poznańska platforma znana jest z pewnej inercji decyzyjnej rodem jeszcze z Unii Wolności. Zatem scenariusz z rozstaniem z Jackiem Jaśkowiakiem uznaję za mało realny. Odwrotny – za niemal przesądzony.

Jak wspomniałem wcześniej, dla mnie postawa Jacka Jaśkowiaka jest przykładem bardzo konsekwentnego budowania pozycji politycznej. I choć czasami wydaje się nieco szorstka, politycznie dziecinna, to im dłużej takie przekonanie będzie panowało wśród potencjalnych konkurentów urzędującego prezydenta, tym lepiej dla niego. Bowiem może się okazać, że wszystkie „doświadczone” partie wpadną w precyzyjnie tkaną polityczną sieć Jaśkowiaka. A mówiąc precyzyjniej, w sieć, którą dość skrzętnie i umiejętnie tka Tomasz Lisiecki. Ze wszystkich decyzji kadrowych, ta była moim zdaniem najlepszym posunięciem prezydenta. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, iż to właśnie ten były dziennikarz Polsatu stoi za uporządkowaniem pewnych spraw. Hasło „Wolne Miasto Poznań” – dumnie brzmiące, choć nic nie mówiące, jest idealną platformą do nadawania tonu w najbliższych latach. Chaos jest tylko pozorny, rozmach duży, a im bardziej lekceważony, tym lepiej dla obecnego prezydenta.

To wszystko prowadzi do jednego wniosku. Jaśkowiak celuje w spór ideologiczny, wykorzystuje słabość konkurencji, bowiem celem jest druga tura (na wygraną w pierwszej szans raczej nie ma), w której spotka się z przedstawicielem PiSu. Oczywiście o ile pozostali nie ruszą z miejsca. To układ idealny. Wówczas bowiem zostanie wykorzystane hasło Ryszarda Grobelnego – brońmy Poznań przed politykami. Z drobną korektą – brońmy Poznania przed politykami PiSu. I tu zostaną uruchomione wszelkie dotychczasowe pokłady walki ideologicznej, w której Jaśkowiak będzie wiarygodny. To w tym momencie okaże się, że odwoływanie się do lewicowego elektoratu da legitymację do walki „z tym strasznym PiSem”. Tak więc po co Jaśkowiakowi sojusz z PO, skoro koniec końców brak poparcia będzie rozgrywany jako wsparcie Prawa i Sprawiedliwości? Tego ani PO, ani Nowoczesna mogą nie znieść. Drzwi do drugiej kadencji mogą stanąć otworem. I żaden tramwaj na Naramowice tego nie zatrzyma.

Tekst ukazał się na łamach „Głosu Wielkopolskiego” w dniu 26 kwietnia 2016 r.

Ucichła nieco w Poznaniu dyskusja o polityce mieszkaniowej, co nie zmienia faktu, że na pewne rozwiązania warto zwrócić uwagę już teraz. Zapowiadane są (i bardzo dobrze) kolejne inwestycje w sektorze mieszkań komunalnych, jednak nadal brak jest informacji z jakich źródeł będą pochodziły środki na ten cel. Należy założyć, że z budżetu miasta Poznania. Ale czy tak być musi? W mojej ocenie najlepszym stosowanym obecnie mechanizmem jest przykład gminy Gdańsk. A dlaczego? Zachęcam do lektury.

We wrześniu 2011 r. w Gdańsku weszła w życie całkowita zmiana polityki kształtowania stawek czynszu za lokale komunalne. W mojej ocenie to rozwiązanie to stanowi optymalne powiązanie maksymalizacji przychodów z jednoczesnym uwzględnieniem sytuacji społecznej i dochodowej najemców.

W pierwszej kolejności zwracam uwagę na wielkość zasobu mieszkaniowego, stanowiącego zasób gminy Gdańsk celem dalszego porównania efektów, jakie uzyskano dzięki wprowadzonym zmianom. Sytuacja na dzień wprowadzania reformy kształtowała się następująco.

Blog 1

Z powyższej tabeli wynika, iż zasób lokali mieszkalnych gminy Gdańsk jest większy od gminy Poznań, niemniej zarówno struktura udziału liczby mieszkań komunalnych w Gdańsku w stosunku do ogólnej liczby mieszkań na terenie tejże gminy nie odbiega znacząco od sytuacji w Poznaniu. Z informacji pozyskanych z Poznańskiego Centrum Świadczeń wynika, iż również struktura wypłacanych świadczeń jest zbliżona w obu miastach. To zaś daje podstawy do przyjęcia, iż założenia oraz efekty zmiany polityki czynszowej w Gdańsku stanowią dobrą podstawę do uzyskania analogicznych efektów w Poznaniu.

Rada Miasta Gdańsk w uchwale wprowadzającej zmiany w sposobie naliczania czynszu przyjęła zasadę, iż ustanawia maksymalną stawkę czynszu na poziomie 10,20 zł za m.kw., co wówczas stanowiło równowartość niespełna 3% wartości odtworzeniowej metra kwadratowego lokalu. Zastosowane obniżek dochodowych wraz z zastosowaniem obniżki czynszowej ze względu na miejsce położenia lokalu przedstawia poniższa tabela.

Blog 2

Zgodnie z orzeczeniem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu, stosowanie zróżnicowanych stawek czynszu w lokalach komunalnych w zależności od miejsca położenia danej nieruchomości na terenie gminy uznano za niezgodne z prawem. WSA orzekł o nieważności części uchwały Rady Miasta Poznania, która takie rozwiązania zawierała, niemniej dla oceny całości projektu można ten element pominąć.

Wysokość udzielanych ulg dochodowych uzależniona jest od dochodu gospodarstwa domowego w rozróżnieniu na gospodarstwa jedno i dwuosobowe. Poziom dochodów uprawniających do zastosowania obniżki w Gdańsku przedstawia się następująco.

Blog 3

Dla zastosowania obniżek dochodowych niezbędne jest przedłożenie przez najemcę deklaracji podatkowej za rok poprzedzający przyznanie takiej obniżki. W dyskusjach dotyczących urealnieniu stawek czynszu w lokalach komunalnych podnoszony jest argument o ewentualnym pogorszeniu się sytuacji materialnej najemców. Jak zostanie wykazane w dalszej części opracowania zarzut ten nie znajduje potwierdzenia w doświadczeniach gminy Gdańsk. Zanim jednak zostaną przedstawione argumenty obalające tą tezę warto zwrócić uwagę na uregulowania ustawowe obowiązujące w stosunkach najmu.

Po pierwsze sytuację dochodową wynajmujący, w tej sytuacji gmina, może badać wyłącznie na etapie przyznawania prawa do lokalu komunalnego. Zgodnie z art. 5 ustawy o ochronie praw lokatorów umowa o odpłatne używanie lokalu wchodzącego w skład mieszkaniowego zasobu gminy lub innych jednostek samorządu terytorialnego, z wyjątkiem lokalu socjalnego lub lokalu związanego ze stosunkiem pracy, może być zawarta wyłącznie na czas nieoznaczony, chyba że zawarcia umowy na czas oznaczony żąda lokator. Sytuacja, w której lokator żąda umowy najmu innej niż na czas nieokreślony w praktyce się nie zdarza. Jedynie umowy najmu lokalu socjalnego zawierane są na czas oznaczony, zgodnie z odpowiednimi regulacjami właściwych miejscowo rad gmin. Taka sytuacja powoduje, że gmina nie ma żadnej możliwości badania sytuacji dochodowej najemców, a co za tym idzie nie ma możliwości kierowania oferty najmu dla osób rzeczywiście najbardziej potrzebujących.

Większość obecnych najemców, to osoby, które uzyskały lokal mieszkalny na podstawie decyzji administracyjnych, które z chwilą wejścia w życie ustawy o najmie i dodatkach mieszkaniowych w 1994 r. z mocy prawa zostały przekształcone w umowy najmu na czas nieokreślony. Sytuacja taka powoduje, iż na skutek zmiany sytuacji dochodowej osób posiadających tytuł prawny do lokalu komunalnego, gmina nie ma żadnej możliwości reakcji. Takiej okoliczności nie przewiduje ustawa o ochronie praw lokatorów, która zawiera zamknięty katalog przesłanek uprawniających do wypowiedzenia umowy najmu.

Co więcej, zgodnie z normą art. 691 § 1 kodeksu cywilnego w razie śmierci najemcy lokalu mieszkalnego w stosunek najmu lokalu wstępują: małżonek niebędący współnajemcą lokalu, dzieci najemcy i jego współmałżonka, inne osoby, wobec których najemca był obowiązany do świadczeń alimentacyjnych, oraz osoba, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z najemcą. Taka sytuacja powoduje, iż gminy w istocie rzeczy tracą możliwość kontroli nad tym, kto i w jakiej sytuacji materialnej, zajmuje lokale stanowiące gminny zasób lokalowy.

Rozwiązanie zastosowane przez gminę Gdańsk stanowi w pewnej części rozwiązanie tego problemu. Zgodnie z art. 7 ust. 2 ustawy o ochronie praw lokatorów właściciele, (…), mogą na wniosek najemcy, w oparciu o postanowienia odpowiednio uchwały organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego, zarządzenia wojewody lub uchwały organu wykonawczego państwowej osoby prawnej, stosować określone obniżki czynszu naliczonego według obowiązujących stawek w stosunku do najemców o niskich dochodach. Obniżki takie mogą być udzielane najemcom, których średni dochód w przeliczeniu na członka gospodarstwa domowego nie przekracza poziomu określonego w uchwale odpowiedniego organu lub w zarządzeniu wojewody. Kwota obniżki powinna być zróżnicowana w zależności od wysokości dochodu gospodarstwa domowego najemcy. Natomiast w ust. 3 cytowanego przepisu obniżki, udziela się najemcy na okres 12 miesięcy. W przypadku gdy utrzymujący się niski dochód gospodarstwa domowego to uzasadnia, właściciel, na wniosek najemcy, może udzielać obniżek czynszu na kolejne okresy dwunastomiesięczne. Ten instrument został wykorzystany przez gminę Gdańsk do udzielania obniżki z jednoczesną możliwością badania w przyszłości zmiany sytuacji materialnej najemców poprzez coroczny obowiązek składania wniosków o obniżkę stawki czynszu.

Warto zatem zwrócić uwagę na rzeczywistą liczbę wniosków o obniżkę dochodową, jakie złożyli najemcy w Gdańsku.

Blog 4

Przypomnieć należy, iż na dzień wprowadzania reformy czynszowej, zasób mieszkań komunalnych w gminie Gdańsk wynosił nieco ponad 22 tys. lokali. Jak wynika z powyższego zestawienia obniżkę dochodową  uzyskało zaledwie 21% najemców, przy czym najwyższą, 60% obniżkę, uzyskało zaledwie 11% najemców. To z kolei stanowi dowód, iż argument o trudnej sytuacji materialnej najemców lokali komunalnych jest chybiony. Oczywistym pozostaje fakt, iż gmina ma obowiązek zapewnienia lokali komunalnych i socjalnych osobom najuboższym, niemniej na skutek obowiązujących przepisów prawa powszechnie obowiązującego, sytuacja materialna najemców zmienia się na ich korzyść. Stąd też uzależnienie stawki czynszu de facto od uzyskiwanych dochodów wydaje się nie tylko sprawiedliwe społecznie, ale też i ma swoje istotne podłoże ekonomiczne. Idąc dalej, należy stwierdzić, iż w żaden sposób gmina nie miała zamiaru karać swoich najemców, a jedynie wprowadzić zależność pomiędzy poziomem udzielanej pomocy poprzez regulacje stawek czynszu od aktualnej sytuacji materialnej rodzin.

Na przestrzeni trzech lat obowiązywania reformy czynszowej obserwowano spadek liczby wniosków oraz udzielonych ulg dochodowych. Dane te przedstawiają kolejne tabele. Pierwsza z nich przedstawia ilość składanych wniosków o obniżkę dochodową w latach 2011-2013, gdzie zauważalny jest wyraźny spadek z poziomu 5533 wniosków w roku 2011 (rok wprowadzenia reformy czynszowej) do poziomu 3983 w roku 2013.

Blog 5

Kolejna z tabel przedstawia ilość realnie udzielonych ulg. Dla rzetelności niniejszego opracowania należy wskazać, iż gmina Gdańsk bardzo intensywnie prowadzi sprzedaż lokali komunalnych. Zatem liczby bezwzględne nie oddają całości obrazu sytuacji, dlatego w poniższej tabeli przedstawiono również zmiany procentowe ilości udzielonych ulg w stosunku do ilości lokali mieszkalnych.

Blog 6

Przechodząc zatem do omówienia efektów wprowadzonych zmian w gminie Gdańsk należy zwrócić uwagę na ile efekt ten przełożył się na zmianę przychodów z tytułu czynszu najmu lokali komunalnych. Dane te przedstawia poniższa tabela.

Blog 7

Dla wyjaśnienia – powyższe dane stanowią nie tyle przychód z tytułu najmu lokali mieszkalnych (tzw. przypis), ale realne wpływy. Przy analizie danych zaznaczyć należy, iż zmiana polityki czynszowej w Gdańsku weszła w życie we wrześniu 2011 r., stąd pełny obraz skali zwiększonych wpływów z tytułu czynszu obserwować można dopiero w roku 2012 i latach następnych. Niemniej nie da się nie zauważyć, iż realne wpływy na skutek zmiany polityki czynszowej sięgnęły poziomu 40%. Oczywiście taka sytuacja spowodowała spadek poziomu ściągalności czynszów w gminie Gdańsk z 95% w roku 2010 do 87% w roku 2013.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami, to do Rady Miasta należy decyzja co do wprowadzenia zmian w polityce czynszowej, jak i zakresu tych zmian. Podczas jednej z debat w trakcie kampanii wyborczej w 2014 r. Jacek Jaśkowiak, jako kandydat na prezydenta opowiedział się za takim właśnie rozwiązaniem.

Jaki obraz wyłania się z tych danych? Dość oczywisty. Twierdzenie, że lokale komunalne zamieszkują osoby najuboższe jest nieprawdziwe. Oczywiście wśród najemców są i takie osoby. Niemniej dane te uświadamiają nam jedną istotną rzecz. Stawki najmu lokali komunalnych, które dalekie są od stawek rynkowych (i słusznie), w istocie rzeczy są dotowane. W przypadku Poznania są to przychody z lokali użytkowych. Jeśli zatem szukamy rozwiązania finansowej strony przyszłych inwestycji, warto zastanowić się, czy dokładając pieniądze z budżetu miasta, w sposób świadomy lub nie, dotujemy nie tych, którzy tego najbardziej potrzebują. Ponieważ przed Poznaniem stoją wyzwania inwestycyjne w infrastrukturę komunikacyjną, w mojej ocenie błędem byłoby nie skorzystanie z możliwości jaką daje zmiana polityki czynszowej.

Podsumowując, gdyby w gminie Poznań udało się osiągnąć podobne skutki wprowadzenia reformy czynszowej można się spodziewać wzrostu przychodu z tytułu najmu lokali mieszkalnych nawet o ponad 18 mln. Są to dane szacunkowe, trudno bowiem jednoznacznie wskazać jaki będzie rzeczywisty poziom wzrostu przychodów. Wynika to z faktu, iż nie dysponujemy żadnymi danymi, które wskazywałyby na rzeczywisty poziom dochodów najemców lokali komunalnych. Z tego powodu można jedynie bazować na doświadczeniach gminy Gdańsk.

Żeby spróbować zrozumieć politykę, warto zacząć ją uprawiać w domu. Z dzieckiem. To bywa bardzo pouczające. Nie sądzę, żeby wychowywanie dziecka różniło się wiele od „wychowywania” elektoratu.

Na co najczęściej narzekają rodzice? Że dziecko ich nie słucha, że po sobie nie sprząta, nie chce iść spać, kiedy chcemy i za dużo ogląda telewizji. I nie chce się ubierać albo robi to za wolno. No, przynajmniej u mnie tak jest.

Ale jak się tak dłużej zastanowić, to nie wina dziecka, ale rodziców. Dziecko nie słucha, bo posługujemy się nakazami. Zrób to, teraz i w taki sposób, jak ci tatuś mówi. Problem w tym, że dzieje się tak, bo nie słucham mojej córki, nie zawsze potrafię odczytać to, czego ona chce i czego ode mnie oczekuje. Wystarczy poświęcić trochę czasu, pobawić się w szkołę, pójść na rower i tyle. Okazuje się, że dobre odczytanie potrzeb dziecka wymaga dostosowania się rodziców, bo ono odbiera świat na swój, a nie na nasz sposób.

Banał, prawda? Oczywiście, że tak. To wie każdy rodzic. Ale jedni łapią tą zależność wcześniej, inni później. Są też i tacy, którzy nie dostrzegą tego nigdy. I kiedy tak obserwuję obecną scenę polityczną, to aż mnie dziw bierze, że te rodzicielskie komunały niczego nie uczą naszych polityków.

Naprawdę uważacie, że problemy instytucji państwa są ważne? Że losy Trybunału Konstytucyjnego, czy kwestie kontradyktoryjności postępowania karnego ich rajcuje? Może tylko te dzieci, które to akurat lubią. Bo bawią się w to dlatego, że chcą. Jedne lubią klocki, inne babranie się w glajdzie. Tej ustrojowej zabawy jednak większość elektoralnych dzieci nie rozumie, co więcej – mają to szczerze gdzieś. Nie dlatego, że to nie jest ważne dla państwa. To nie jest ważne dla nich. Wolą pobawić się w szkołę i mieć pewność, że dziecko do dobrej trafi. Albo pobawią się w lekarza, bo co robić w kolejce do specjalisty?

Dlatego z politowaniem obserwuję jak się politycy podniecają frekwencją na marszach KOD-u. Przecież to nic więcej, jak obserwacja które dzieci lubią lalki, a które misie. Nic ponadto.

I jeszcze jedno. Dlaczego dzieci lubią albo nie swoją szkołę? Bo ona jest ciekawa, lub nie. Trafia do nich, lub nie. Nauczyciel potrafi je zainteresować, lub nie. No właśnie. Rolą polityki i polityków jest misja zafascynowania elektoratu światem. A napierdzielanki między przedstawicielami poszczególnych partii naprawdę nie są ciekawe. Bo jakie dziecko interesują spory w pokoju nauczycielskim?

Wielki Czwartek. Dzień ustanowienia kapłaństwa. Początek najpiękniejszego okresu w roku liturgicznym – Triduum Paschalnego. I o ile w centrum wiary chrześcijańskiej jest zawsze Eucharystia, tak nie ma jej bez nich. Bo być nie może.

Bóg tak pokierował moją drogą, że od zawsze spotykałem dobrych księży. Spotykałem też i bardzo przeciętnych. Niektórzy nie byli herosami homiletyki, ale za to byli świadkami wiary. Niektórzy odeszli z kapłaństwa, czasami nawet odeszli od Kościoła. Jak w życiu.

Niektórzy z nich są moimi kolegami, z kilkoma się przyjaźnię. Potrafią mnie ustawić do pionu. Bywało nawet i tak, że mówili: – Dobra, teraz nie jestem księdzem, jestem twoim kumplem. I mówię ci – weź się ogarnij i przestań biadolić. Potrafili mi wyprostować zakręty, w których większość wpada już w życiowy poślizg. Są moją kontrolą trakcji, działają jak komputer pokładowy – przez większość czasu w ogóle nie jestem świadomy, że cały czas obserwują, ale kiedy trzeba system się załącza.

Mógłbym, a może nawet powinienem, wymienić przynajmniej kilku z imienia i nazwiska. Ale są to tak intymne relacje, że tego nie zrobię. Bo część z nich byłaby zakłopotana, tacy już są.

I kiedy ktoś mówi mi, że księża są tacy, czy inni, zawsze odpowiadam tak samo. Od ponad 30 lat jestem ministrantem. Wiele widziałem i niewiele mnie zaskoczy, więc daj sobie spokój. Bo nie jestem katolikiem dla księży, nie chodzę do kościoła dla kapłanów, ale dla Boga. Ale bez tych księży nie byłbym lepszym katolikiem. Nie byłbym bliżej Boga.

Dlatego jeśli miałbym dzisiaj złożyć im życzenia, to w zasadzie sprowadzą się do jednego. Moi Drodzy, dobrze, że jesteście, wasza posługa ma sens, a ja jestem tego najlepszym, choć strasznie niedoskonałym przykładem. I dzisiaj Bogu dziękuję za Was, w swoim imieniu. Dziękuję, że jesteście, bo dzięki wam, ja jestem naprawdę.

Księże Stanisławie, Januszu, Waldku, Krzysiu, Adamie, Janie. Ojcze Janie, Leonardzie, Janie. Dziękuję!

Co jakiś czas jak bumerang wraca w Poznaniu dyskusja o odszkodowaniach za niedostarczenie lokalu socjalnego. Koszty idą w miliony, choć udało się zatrzymać wzrost wypłacanych kwot, a w ostatnich latach budżet miasta notuje już spadek tego wydatku. Sprawa w ostatnich dniach wróciła na nowo, ale w nieco innej odsłonie, a mianowicie tzw. roszczeń regresowych wobec osób oczekujących na lokal socjalny po eksmisji.

Na początek kilka słów wyjaśnienia skąd wziął się problem. Temat ten wielokrotnie był poruszany na komisjach Rady Miasta. Przedstawiając radnym rozmaite dane na ten temat, kilkukrotnie wskazywałem, iż do ZKZL dochodzą sygnały, iż niektórzy właściciele lokali wchodzą w swoiste porozumienie ze swoimi lokatorami. Polega to mianowicie na tym, iż właściciel lokalu, który przeciwko swojemu lokatorowi uzyskał wyrok eksmisyjny namawia go do nie płacenia niczego. Ani złotówki. Dlaczego? Dlatego, że każda wpłata od lokatora umniejszałaby należność, jaka przysługuje właścicielowi od budżetu miasta. Wprowadza to po ich stronie jedynie zamęt dowodowy, a przecież „miasto i tak zapłaci”.

ZKZL od kilku lat realizuje wiele działań, które mają ograniczyć poziom wypłacanych odszkodowań. Jednym ze sposobów jest zawieranie ugód z wierzycielami wyroków eksmisyjnych.. Zdecydowania większość wierzycieli przyjęła ten pomysł z uznaniem, choć początkowo bardzo sceptycznie. Po kilku latach okazało się, że ZKZL w tej kwestii dotrzymuje terminów i danego słowa. Istnieje część wierzycieli, którzy do sprawy swoich mieszkań podchodzą „spekulacyjnie”. Pobierają odszkodowania i nic więcej ich nie obchodzi. Jak się można domyślać, wierzyciele, którzy wchodzą w porozumienie ze swoimi lokatorami, a także ci, którzy nie są chętni do zawierania ugód, o których wspomniałem, to często te same podmioty.

Na podstawie przedstawionych powyżej informacji należało podjąć jakieś działania. I w tym miejscu wchodzimy już na grunt analizy wyłącznie prawnej. Zgodnie z brzmieniem art. 5 ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, złamaniem jej przepisów jest niepobranie lub niedochodzenie należności. Powstaje zatem pytanie, czy istnieje prawna zależność pomiędzy odszkodowaniem wypłaconym właścicielowi, a lokatorem, który oczekuje na lokal socjalny. Roszczenie o zapłatę odszkodowania przysługuje właścicielowi lokalu wyłącznie w sytuacji, gdy orzeczony został wyrok eksmisyjny z prawem do lokalu socjalnego, a lokator nie dokonuje żadnych płatności lub dokonuje płatności na rzecz właściciela jedynie w części. Zatem brak realizacji tego obowiązku ze strony lokatora (a wyrok eksmisyjny nie zwalnia z obowiązku zapłaty należności) przyczynia się do jego powstania po stronie budżetu Poznania. I na tej podstawie miasto wywodzi swoje żądania wobec tych osób, wychodząc z założenia, iż brak zapłaty powoduje powstanie obowiązku po jego stronie (czyli Poznania). Skoro tak, to istnieje na gruncie prawa cywilnego możliwość dochodzenia tych należności w ramach roszczeń regresowych, czyli roszczeń zwrotnych. Gdyby bowiem lokator uiszczał należności, takiego odszkodowania budżet miasta nie musiałby wypłacać.

Jak wskazałem wcześniej już sam fakt, iż należności o charakterze publicznym nie są dochodzone (czyli nie są kierowane do sądu pozwy o zapłatę) stanowi samoistną podstawę naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Zatem nie można przejść do porządku dziennego nad faktem, iż w podobnych sprawach miasto Poznań dysponuje kilkuset prawomocnymi wyrokami. Sama zapowiedź rezygnacji z kierowania kolejnych pozwów do sądu może spowodować odpowiedzialność prezydenta miasta Poznania, jeśli tylko zostanie ona rzeczywiście zrealizowana.

W trakcie dyskusji nad tym problemem pojawiły się i inne deklaracje. Pierwsza to taka, że należności te będą umarzane. Inna, że lokatorzy, którzy mają orzeczony obowiązek zwrotu odszkodowania za niedostarczenie lokalu będą zobowiązani do zapłaty jedynie kwoty odpowiadającej wysokości czynszu za lokal socjalny oraz mediów. Z punktu widzenia prawnego deklaracja o niedochodzeniu należności na drodze sądowej oraz umarzaniu należności, lub ich ograniczaniu do wspomnianej wysokości, co do zasady wzajemnie się wykluczają.

Wynika to z faktu, iż nie istnieje żaden przepis, który z automatu powodowałby obowiązek zapłaty przez lokatora równowartości zapłaconego przez miasto Poznań odszkodowania właścicielowi lokalu. Jak wspomniano wcześniej powstaje on dopiero po uprawomocnieniu się wyroku sądu. Jeśli z kolei weźmiemy pod uwagę, iż przedmiotem umorzenia mogą być jedynie istniejące należności, to okazuje się, że bez wyroku sądu w tym przypadku nie można niczego umorzyć, bo nie istnieje nic, co może być przedmiotem umorzenia. Istnieje rzecz jasna pewna możliwość. A mianowicie uznanie przez lokatora długu, jaki powstaje przez zapłatę przez miasto Poznań odszkodowania właścicielowi lokalu. W praktyce jednak trudno spodziewać się, że lokatorzy oczekujący na lokal socjalny będą gremialnie podpisywać ugody, lub składać oświadczenia, w których dobrowolnie taki dług uznają. Zatem swoją zapowiedzią o nie kierowaniu dalszych pozwów do sądu przedstawiciele miasta ograniczają się jedynie do tych dłużników, w stosunku do których wyroki są już prawomocne. Innych już nie.

Podsumujmy. Niedochodzenie przez miasto Poznań roszczeń regresowych skutkować będzie naruszeniem dyscypliny finansów publicznych. Ponadto, brak orzeczeń sądowych (wstrzymanie pozwów) uniemożliwia „oczyszczenie się” lokatora z długu poprzez umorzenie. Tym samym miasto Poznań nie będzie mogło zobowiązać lub nawet umożliwić dłużnikom zapłaty odszkodowania stanowiącego równowartość czynszu jak za lokal socjalny, bowiem w tym celu musiałoby umorzyć swoją należność do takiej wysokości. A jak to zrobić, skoro długu nie ma?

Z zapowiedzi prezydenta wynika, iż w najbliższym czasie zostanie przygotowany projekt uchwały Rady Miasta umożliwiający umorzenia już istniejących długów powstałych na skutek prawomocnych roszczeń regresowych. Przyznam, że mocno mnie ta deklaracja zaskoczyła. Dlaczego? Z jednego prostego powodu – taka uchwała już jest. Niczego nie trzeba uchwalać. Pozwolę sobie tylko wskazać, iż w dniu 8 lipca 2014r. Rada Miasta przyjęła stosowną uchwałę Wystarczy z niej skorzystać.

Załóżmy, że jednak wizja zagrożenia naruszenia dyscypliny finansów publicznych przeważy i miasto Poznań nie zrezygnuje dochodzenia swoich roszczeń. Po pierwsze umorzenie należności może nastąpić jedynie na wniosek dłużnika. Po drugie, istnieją ustawowe przesłanki umorzenia należności (nawet w całości i to z urzędu), do których należą min. ważny interes dłużnika lub interes społeczny. Co do zasady zaś udzielenie ulgi dłużnikowi następuje poprzez umorzenie całości lub części należności lub rozłożenie na raty. Tyle, że każda taka decyzja musi być poprzedzona zbadaniem, czy te okoliczności występują. Trzeba w tym celu przeprowadzić szczegółowe postępowanie, w trakcie którego wszystkie przesłanki zostaną zbadane.

W latach 2012 – 2013 ZKZL przeprowadził weryfikację wyroków eksmisyjnych oczekujących na realizację. Co się okazało? Po pierwsze wśród osób oczekujących na lokal socjalny jest grupa rodzin, których dochód na gospodarstwo domowe znacznie przewyższa kryteria ubiegania się o lokal socjalny, a nawet o lokal komunalny. Otóż zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów sądy mają obowiązek przyznać prawo do lokalu socjalnego osobom wymienionym w art. 14 ust. 4. Dochodzi zatem do sytuacji, w której na przykład w 5 – osobowej rodzinie sąd przyznaje prawo do lokalu socjalnego tylko jednej z nich, pomijając zupełnie sytuację materialną pozostałych osób. To zaś z kolei prowadzi do sytuacji, że ogólna ocena możliwości finansowych takiej rodziny lub gospodarstwa domowego znacząco odbiega od tego, co nazwalibyśmy rodziną ubogą.

Oznacza to, że tych rodzin nie da się jednoznacznie i z urzędu zakwalifikować do grona rodzin biednych, czy też w drugą stronę – takich, które same sobie poradzą. W tej grupie znajdują się osoby o bardzo różnym statusie materialnym. Miasto nie dysponuje na temat tych rodzin żadną wiedzą. Osoby te nie muszą wykazywać żadnych dochodów. Nawet, kiedy miasto składa im ofertę zawarcia lokalu socjalnego. Podzielam pogląd, że w niektórych sytuacjach, ba – może nawet w większości, problemem tym dotknięte są rodziny, których nie stać było na płacenie czynszu, a potem na zapłatę odszkodowania. I takim rodzinom należy pomóc. Ale nie poprzez bezrefleksyjne umorzenie długów wszystkim pod naporem opinii publicznej, ale po zbadaniu ich sytuacji. Na tym etapie urzędnicy nie mają żadnego innego instrumentu, niż postępowanie o rozłożeniu długu na raty, czy umorzeniu, a zatem pozwy stają się konieczne.

Tekst ukazał się na łamach „Głosu Wielkopolskiego” w dniu 7 marca 2016 r.

Nie spodziewałem się, że mecz Lecha z Jagiellonią tak bardzo mnie zasmuci. I bynajmniej nie o formę sportową drużyny tu idzie, ale o oprawę jaką przygotowali ultrasi Kolejorza. Otóż okazuje się, że uczczenie pamięci Żołnierzy Wyklętych i wspomnienie starszego sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” pokaże jak bardzo nie chcemy ze sobą rozmawiać. Nie mylicie się – nie chcemy, a nie „nie potrafimy”.

Przypomnijmy – Mieczysław Dziemieszkiewicz, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, jeden z wielu Żołnierzy Wyklętych, który walczył na terenie Mazowsza jeszcze długo po zakończeniu II Wojny Światowej. Zginął w kwietniu 1951 r., wydany przez ubecką agenturę[1]. Na oprawie umieszczono zdjęcie „Roja”, które znaleźć możemy na oficjalnych stronach Instytutu Pamięci Narodowej wraz z hasłem „Śmierć Wrogom Ojczyzny”, co jest odwołaniem do emblematów, jakie nosili ci, którzy chodzili tropem wilczym. Tyle co do faktów.

Jak zawsze zdjęcie oprawy umieściłem na facebook’u. Jakież było moje zdumienie, kiedy zaczęły się pojawiać komentarze insynuujące, że kibice nawołują do mordów, że w obecnej sytuacji takie hasło jest niebezpieczne, że wywołuje złe skojarzenia i może zostać odebrane jako przyzwolenie dla przemocy i nie daj Boże zbrodni! Oniemiałem… Potem było tylko gorzej.

Z kolei dzisiaj rano przeglądając prasę natrafiłem na informację, iż prezydent Jacek Jaśkowiak zrezygnował z udziału w uroczystościach upamiętniających Dni Żołnierzy Wyklętych. Oniemiałem ponownie…

I zupełnie nie jest istotne, że co i rusz otaczająca mnie rzeczywistość odbiera mi mowę. Można się do tego przyzwyczaić. Problem w tym, że o ile jeszcze do niedawna tkwiłem w przekonaniu, że nie umiemy ze sobą rozmawiać, o tyle teraz mam przekonanie, że wcale nie chcemy. Że tak jest nam łatwiej. Wolimy ustawić się na bezpiecznych i wygodnych dla siebie pozycjach i nawalać w przeciwnika ile wlezie. Już nie tkwimy po dwóch stronach barykady. Sami wyekspediowaliśmy się na inne planety i jest nam z tym cholernie dobrze.

Bo tu nie idzie o to, co powiedział Jacek Jaśkowiak tłumacząc swoja nieobecność 1 marca, mówiąc, że „nie będzie się wdawał polemikę kto jest patriotą, a kto nie”, że „nie postrzega patriotyzmu poprzez ilość złożonych wiązanek”. Nie, nie, nie! Absolutnie nie! Sprawa jest o wiele głębsza i ważniejsza. I nie dotyczy wyłącznie osoby prezydenta Jaśkowiaka. Tu o nas wszystkich się rozchodzi!

Kiedy Jacek Jaśkowiak szedł w Marszu Równości nie wzbudziło to mojego zaskoczenia, ani oburzenia. Znając prywatnie naszego prezydenta wiedziałem jakie ma poglądy i wiedziałem, że taki gest jest dla niego ważny. I ma do tego prawo. Kiedy Jacek Jaśkowiak pojawia się na manifestacjach Komitetu Obrony Demokracji wiem, że robi to z pełnym przekonaniem, choć czasami ponosi go emocja chwili. I choć różne są opinie, ja i tutaj uważam, że ma do tego prawo. I bierze za to odpowiedzialność. Bo jest odpowiedzialny.

I właśnie o odpowiedzialność tu idzie, i o odpowiedzialność apeluję! Nie za redefinicję słowa „patriotyzm”. Nie za stworzenie kolejnej mody na naszywki „Ś. W. O”. Dzisiaj, tu i teraz – sprawa idzie o rząd dusz. Dusz młodych ludzi, dla których radykalizm postaw jest atrakcyjny. Którzy wyrzuceni na margines życia publicznego szukają dla siebie miejsca. Szukają i znajdują – jedni w kościele, inni pod blokiem, a jeszcze inni na stadionie. I nie powinno nam być wszystko jedno. Skoro tak wiele słyszymy o tym, że stadion, to miejsce, które wyraża poglądy skrajne i jest źródłem oraz zarzewiem radykalizmów i jeśli jeszcze w to wierzymy, to logika nakazuje coś z tym zrobić. I właśnie obchody Dni Żołnierzy Wyklętych są miejscem idealnym do tego, aby miast dzielić, zacząć łączyć. Zamiast wykluczać, okażmy szacunek. Jeśli bowiem powiemy tym młodym, kształtującym się umysłom, że nie będziemy składać jakichś tam wiązanek, to miejmy świadomość, iż godzimy w dobro, które jest dla nich ważne. Zamiast olewać, spróbujmy ich wesprzeć. Pokazać, że są dla nas ważni. Że szanujemy ich poglądy, choć nie zawsze akceptujemy ich postawy. Bo oni też są lub za chwilę będą wykluczeni. Nie dlatego, że w istocie tak jest, ale oni sami w to uwierzą jeśli nie poczują, iż są godni szacunku.

Nie można głosić idei Poznania jako miasta otwartego, jeśli samemu jest się zamkniętym na całkiem sporą, a może rosnącą grupę jego mieszkańców. Trudno budować miasto otwarte na zewnątrz jeśli zamykamy się tych, którzy gdzie indziej pokładają swoją wrażliwość.

Jeśli chcemy Poznania otwartego, musimy szanować wszystkich. Inaczej zbudujemy Poznań jako miasto pół-zamknięte.

[1] Notka biograficzna za portalem IPN „Wilcze tropy”

Wiele osób zadaje mi często to samo pytanie – po co ci to kibicowanie, to tylko ci szkodzi, daj sobie spokój, mało masz przez to problemów? Nie ukrywam, że podobne pytanie zadaje mi też cała moja rodzina. A w każdym razie ta jej część, która kibicowanie zna tylko dlatego, że to ja mam hopla na tym punkcie. I jakoś musi z tym żyć. I za każdym razem puka się w czoło. Od lat to samo…

Czas może spróbować to wytłumaczyć. Na początek mam jedną prośbę. Odrzuć wszystkie swoje wyobrażenia, zapomnij na chwilę to, o czym czytasz w gazetach. Postaraj się wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia. Bez uprzedzeń, bez zbędnych założeń i kalek myślowych. To nie będzie łatwe, ale jeśli ci się uda – może zrozumiesz. Może.

Przypomnij sobie najbardziej mistyczne doświadczenie w swoim życiu. Tak właśnie. Mistyczne – pełne uniesień, radości, pełne wzruszenia i poczucia, że świat leży u twych stóp. Że możesz wszystko, nic cię nie zatrzyma, że jesteś całym światem, jego początkiem i końcem. Znasz takie uczucie? To teraz zamknij oczy (umownie, bo inaczej nie doczytasz do końca).

Wyobraź sobie, że to do ciebie wraca. Właśnie teraz. Jesteś w samym środku wydarzeń, świat dookoła ciebie wiruje, czujesz, że jak za chwilę nie zaczniesz wrzeszczeć, nie zaczniesz biegać, skakać to eksplodujesz. Pomyśl, że czujesz jedność ze światem, że ty jesteś światem, że nie ma w tej chwili niczego i nikogo, kto mógłby to zniszczyć, czy nawet zatrzymać. Czujesz, że jesteś bogiem.

Czy znasz to uczucie, kiedy znikają wszelkie dzielące nas różnice? Czy doświadczyłeś kiedyś wspólnoty tysięcy ludzi, którzy w tym samym momencie czują to co ty? Że bez słów i bez gestów wszyscy wiedzą co teraz trzeba zrobić? Że nie potrzebujesz przewodnika, że porywa cię nurt wydarzeń, a przy tym adrenalina niemal wyrywa ci serce tak, że nie znajdujesz już żadnej znanej ci formy ekspresji? To co się teraz z tobą dzieje jest poza granicami słów, jakiejkolwiek możliwości racjonalnego wytłumaczenia tego zdarzenia. Czujesz, że żyjesz. Ba! Czujesz, że teraz świat mógłby się skończyć. Nic cię nie zatrzyma.

Nie śmiej się. Nie drwij. Dotykasz właśnie bardzo intymnej części nie tylko moich uczuć, ale całej zbiorowości. Tysięcy współbraci, którzy w tym samym momencie czują dokładnie to co ja. Robią dokładnie to co ja. Nie ma różnic. Nie ma podziałów. Jesteśmy tylko my. Jesteśmy Lech Poznań!

Jeśli jesteś w stanie przywołać w sobie podobne uczucie. Jeśli doświadczyłeś w życiu choć na ułamek sekundy tego wszystkiego, otwórz już oczy. Uspokój się. Czujesz pewnie jeszcze drżenie, być może właśnie przywołałeś w sobie szczególny obraz najpiękniejszych chwil w życiu. I wiesz, że nie jesteś w tym sam. Wiesz, że niczego nie musisz ukrywać, nie musisz być sztuczny, niczego udawać. Bo jesteś wśród swoich. Ludzi, których może nawet nie znasz, wielu widzisz po raz pierwszy. Ale nie ma ja i wy. Jesteśmy tylko MY.

Jeśli Drogi Czytelniku potrafisz sobie wyobrazić podobną scenę, być może zrozumiesz, dlaczego nie ustanę dopóki ktoś próbuje zdyskredytować moją wspólnotę. Docenisz determinację, z którą będę bronił tych, którzy po meczu chodzą ścieżkami, na które sam nigdy bym nie wszedł. Tak jest. Nie wiem ilu ich jest, ale są. I wiem, że kiedy wrócę na Bułgarską, kiedy znów stanę na kibolskim szlaku – oni będą ze mną. Nie w pracy, nie w życiu rodzinnym. Dla zdecydowanej większości z nich nie ma miejsca w moim nie – kibolskim życiu. Jedynie kojarzymy nasze twarze. Mówimy sobie „cześć!”. Ale dokładnie wiemy, że jeszcze będzie ten moment, kiedy na nowo utworzymy jeden organizm uczuć, uniesień, wściekłości, rozżalenia. Bo one wszystkie się mieszają. Raz tak, raz inaczej, ale zawsze czujemy to samo.

I kiedy ktoś zadaje mi to samo pytanie. Kiedy znów czuję się przymuszony przez ludzi, przez okoliczności, przez dziennikarzy, żeby znów tłumaczyć się ze swojego życia, nachodzi mnie zawsze to samo uczucie.

Bo kiedy zechcesz mi zadać pytanie „dlaczego to wszystko?”. Spodziewaj się jednej odpowiedzi. W imię zasad!

Przyczynkiem do powstania niniejszego tekstu była ogólnopolska dyskusja nad rządowym programem „500plus”, w której wypowiadali się wszyscy, bardzo chętnie, mniej lub bardziej krytycznie i merytorycznie. Pozostawiając na boku wszelkie spory polityczne wokół tego zagadnienia warto pokusić się o nieco głębszą analizę, choć z zupełnie innego punktu widzenia.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że wysupłanie z budżetu państwa kwoty 24 mld zł rocznie na jeden, dedykowany program graniczy z cudem. Swego czasu red. Michał Danielewski z Gazety Wyborczej zwrócił się do mnie z prośbą o dokonanie pewnych wyliczeń. Zadanie było proste – ile mieszkań udałoby się wybudować, gdybyśmy dysponowali kwotą 100 mld zł. Wówczas wydawało mi się, że obracamy się w wyimaginowanym, nierealnym świecie czysto teoretycznych założeń. Okazało się, że nie do końca tak jest. Jak się miało wkrótce okazać udało się rządowi znaleźć takie pieniądze. Bo jak na sprawę nie spojrzeć, program „500plus” realizowany choćby w jednej – czteroletniej kadencji, daje kwotę bardzo zbliżoną.

Jako, że przez jakiś czas zawodowo zajmowałem się wyłącznie zagadnieniami związanymi z szeroko rozumianą polityką mieszkaniową, wykorzystałem posiadane doświadczenie i wiedzę. Przeprowadziłem bardzo uproszczone wyliczenia i spróbowałem przełożyć owe miliardy na każde (lub nie, zostawmy to) dziecko, na możliwości realizacji ogólnopolskiego programu mieszkaniowego.

Rezultaty okazały się szokujące. Przyjmując bardzo uproszczone założenia, w szczególności co do ceny budowy metra kwadratowego mieszkania, okazało się, że za te same pieniądze można wybudować ponad 700 tys. mieszkań! Jak to się stało? Spójrzmy.

Przyjmując, iż koszt budowy metra kwadratowego lokalu komunalnego waha się w okolicy 2 tys. zł, mieszkania w opcji najmu z dojściem do pełnej własności, to kwota 3 tys. zł, a lokale w ramach programu tbs-owskiego, to ok. 3,5 tys. zł, dochodzimy do bardzo prostego wniosku. Gdyby przeznaczyć podobne środki na zrealizowanie projektu mieszkaniowego, w którym koszty pokrywa w całości budżet państwa i gdyby przeznaczyć te środki po równo na każdy rodzaj ww. budownictwa, jak nic otrzymujemy tą, przyznaję, szokującą liczbę ponad 700 tys. mieszkań w cztery lata. Przyjąłem dla równego rachunku, że każde mieszkanie ma 50 metrów kwadratowych. Oczywiście w tej analizie nie są brane pod uwagę koszty pozyskania gruntu, bowiem w założeniu przyjąłem, iż realizacją tego programu miałyby się zając samorządy, które byłyby gotowe przeznaczyć nieruchomości pod zabudowę z własnego zasobu.

Na pierwszy rzut oka wizja wydaje się fantastyczna, prawda? Jednak jeśli chcemy poważnie rozmawiać, należy wziąć pod uwagę kilka zasadniczych kwestii. Przede wszystkim, jaki skutek dla rynku usług budowlanych miałoby pojawienie się zapotrzebowania na tak olbrzymią ilość mieszkań w dość krótkim czasie. Po drugie, czy taka liczba mieszkań jest rzeczywiście potrzebna. Po trzecie, czy samorządy byłyby w stanie udźwignąć tak intensywny program. Po czwarte, czy i na ile pojawienie się takiej liczby mieszkań wpłynęłoby na rynek deweloperski, czy rynek komercyjnego najmu lokali. Pytań zresztą jest pewnie więcej. Odpowiedź na drugie, trzecie i czwarte pytanie wymagałaby przeprowadzenia bardzo szerokich badań, zatem pozostawię je bez dalszych rozważań.

Jednak odpowiedź na pierwsze pytanie jest w miarę prosta. W tym celu warto przyjrzeć się ogólnodostępnym danym dotyczącym rynku mieszkaniowego w Polsce w ujęciu historycznym.

Analizując dane dotyczące ilości mieszkań oddawanych do użytku można zauważyć, że na początku lat 90. budowano ich jeszcze całkiem sporo. I tak w roku 1991 oddano do użytku 136 790 mieszkań, zaś w roku 1992 – 132 969. Dwie trzecie z nich budowały spółdzielnie mieszkaniowe, co ciekawe w tym samym czasie nie powstały żadne mieszkania na sprzedaż lub wynajem. W kolejnych latach ogólna liczba mieszkań dość drastycznie spada, aby pod koniec lat 90. ustabilizować się na poziomie ok. 80 tys. mieszkań rocznie. Chwilowy skok odnotowujemy w roku 2003 do poziomu ponad 160 tys. mieszkań (przy czym prawie 120 tys. mieszkań GUS podaje jako zrealizowane „indywidualnie”), aby w kolejnych latach, tj. do roku 2004 liczba mieszkań oddawanych do użytku ustabilizowała się na poziomie nieco ponad 100 tys.

Znaczący i skokowy wzrost obserwujemy pomiędzy 2004 a 2008 rokiem, kiedy to nowych mieszkań na rynku pojawia się o ponad połowę więcej. Z poziomu 108 117 w 2004 r. do rekordowego 2009 r. z liczbą 165 189 nowych lokali. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż, co wydaje się oczywiste, niemalże zanika budownictwo spółdzielcze, natomiast stabilizuje się udział rynku indywidualnego w stosunku do mieszkań na wynajem i sprzedaż, gdzie udział budownictwa indywidualnego, to ok. 60% ogólnej liczby mieszkań, zaś mieszkania na sprzedaż i wynajem, to ok. 30%. Tendencja ta utrzymuje się z niewielkimi zmianami do dziś. Należy również wskazać, co GUS rozumie przez rozróżnienie obu pojęć. Mianowicie poprzez budownictwo indywidualne rozumie się inwestycje „realizowane przez osoby fizyczne (prowadzące i nie prowadzące działalność gospodarczą), fundacje, kościoły i związki wyznaniowe z przeznaczeniem na użytek własny inwestora lub na sprzedaż lub wynajem”[1], natomiast budownictwo na sprzedaż lub wynajem, to przedsięwzięcia „realizowane w celu osiągnięcia zysku przez różnych inwestorów (np. firmy deweloperskie, gminy, spółdzielnie), bez budownictwa osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, zaliczonego do budownictwa indywidualnego. Do tej formy budownictwa zalicza się również budownictwo towarzystw budownictwa społecznego, realizowane w celu osiągnięcia zysku (z wynajmu lokali użytkowych lub z komercyjnej sprzedaży mieszkań) ― z przeznaczeniem w całości na budowę domów czynszowych.”[2]. Wydaje się, że takie rozróżnienie jest dość nieprecyzyjne, choćby z faktu, iż w pojęciu „budownictwo indywidualne” również ujmuje się takie inwestycje, które ostatecznie nie są przeznaczone na użytek własny inwestora, ale są przeznaczone na sprzedaż. Zostawiając na chwilę dane Głównego Urzędu Statystycznego, przyjrzyjmy się jaki skutek spowodowała znaczna liczba nowobudowanych mieszkań na ich cenę.

Przygotowując ten materiał natknąłem się na bardzo różne, ale i rozbieżne dane dotyczące cen mieszkań na rynku pierwotnym. Za najbardziej miarodajne przyjąłem opublikowane przez Narodowy Bank Polski ceny transakcyjne.

Jak wynika z przedstawionych powyżej danych GUS, największy wzrost ilości oddawanych mieszkań datujemy na lata 2004 – 2009. Natomiast istotne z punktu widzenia tworzenia założeń do powszechnego programu mieszkaniowego wydają się być ceny transakcyjne na rynku pierwotnym. Otóż jak wynika z danych NBP (dane te są gromadzone i przetwarzane w ramach własnych baz danych przez bank centralny od połowy 2006 r.), największy skok cenowy odnotowujemy pomiędzy trzecim kwartałem 2006 r., a czwartym kwartałem 2007 r. W tym czasie średnia cena metra kwadratowego na rynku pierwotnym wzrosła z 3 591 zł, do 8 064 zł. W kolejnych latach cena ustabilizowała się na poziomie ok. 6,5 tys. zł za metr kwadratowy i stan ten obserwujemy do dzisiaj. Mając na względzie, iż rynki lokalne (w tym Poznań) charakteryzują się dość dużą zmiennością cen podaję ceny średnie, zgodnie z analizą NBP.

Mając świadomość, iż istnieje wiele czynników mających wpływ na poziom cen mieszkań w analizowanym okresie, w literaturze jako jeden z nich podaje się wzrost kosztów produkcji budowlano – montażowej.  Jak wynika z danych NBP wysoki popyt na usługi budowlane związany z dynamicznym rozwojem rynku deweloperskiego spowodował znaczny wzrost kosztów budowy mieszkań. Przypomnijmy, w tym czasie, tj. pomiędzy rokiem 2006, a 2008 – nastąpił wzrost o ok. 65% ogólnej liczby oddawanych mieszkań.  W tym czasie zanotowano podobny wzrost kosztów budowy metra kwadratowego lokalu – z 1,7 tys. zł za metr kwadratowy, do ponad 2,5 tys. zł. Osobną kwestią pozostaje oczywiście rentowność sektora deweloperskiego, niemniej jest to w analizowanym przypadku mniej istotne zagadnienie.

Wracając do liczb przedstawionych na początku, trzeba mieć świadomość, iż uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego w przedstawionej skali, a więc w liczbie ok.. 80 tys. mieszkań rocznie, mając na uwadze, iż ogólna liczba oddawanych do użytku lokali oscyluje obecnie wokół 150 tys. mieszkań w całej Polsce, musiałaby doprowadzić do załamania rynku usług budowlanych i znacznego wzrostu cen. Wynika to choćby z nagłego i skokowego zapotrzebowania zarówno na pracowników tego sektora, jak i na materiały budowlane. Zatem nie wydaje się wskazane, aby bez uprzedniej analizy i dokładnego zbadania możliwości tego rynku, wprowadzać tak radykalne rozwiązania.

Co z tego wynika? Otóż, gdyby przyjąć, iż na program budownictwa mieszkaniowego przeznaczyć na początek 10% z kwoty, którą rząd zamierza przeznaczyć na program „500plus”, rocznie na rynku pojawiłoby się ok. 18 000 mieszkań finansowanych z budżetu państwa w przedstawionym na początku systemie. To już z kolei wydaje się być wielkością do zaakceptowania przez rynek.

A gdyby miały z tych 10% powstać wyłącznie lokale komunalne? Powstałoby ich 24 tys. rocznie, przy pełnym finansowaniu z budżetu. Powtórzmy to jeszcze raz – 10% z programu „500plus” może dać 24 tys. lokali komunalnych rocznie.

[1] „Budownictwo mieszkaniowe I-III kwartał 2015”, str. 5, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2015 r.

[2] Tamże, str. 5

[3] „Raport o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych w Polsce w latach 2002 – 2009”, str. 18, Narodowy Bank Polski, Warszawa 2010 r.